Rozdział IV - Poszukiwania Codziennie, gdy szedłem do biura, mijałem dom, na którym wywieszone było ogłoszenie, informujące o leczeniu akupunkturą. Wiedziałem, że prowadzący zabiegi jest lekarzem i sam choruje na SM. Od wielu lat był moim wyjściem awaryjnym w ogóle o tym nie wiedząc. Czas skorzystania z tej ewentualności stawał się z dnia na dzień coraz bardziej realny. Odwlekałem termin pierwszej wizyty, uzasadniając na różne sposoby brak możliwości rozpoczęcia leczenia. Kłopoty ze zdrowiem żony i konieczność operacyjnego leczenia szpitalnego także nieco przesunęły w czasie moją wizytę.
Kończył się październik i żona już wróciła ze szpitala do domu. Jej leczenie zakończyło się pomyślnie i teraz powinienem się wreszcie zmobilizować. Wybierałbym się pewnie dalej, gdyby któregoś dnia, gdy wracałem z pracy, akurat przy tym domu, nie zesztywniały mi nogi do tego stopnia, że nie mogłem już zrobić ani jednego kroku. Stanąłem więc i udawałem, że czytam tablicę, której treść znałem na pamięć. Podjechał wówczas na parking przy domu samochód i wysiadło z niego właśnie moje wyjście awaryjne.- Dzień dobry - powiedziałem i po usłyszeniu równie grzecznego - Dzień dobry - kontynuowałem:W trakcie rozmowy poruszaliśmy różne kwestie, traktując problem leczenia za uzgodniony. Kwestią otwartą pozostawało, ile to będzie kosztowało, ponieważ nikt o tym nie mówił. Ładny dom i byle jakie otoczenie na posesji podsunęło mi pomysł założenia zieleni - tym bardziej, że mijając dom w drodze do i z pracy w myślach już tę zieleń zakładałem.
- Chciałbym się leczyć u pana akupunkturą...
- Co panu dolega? - zapytał.
- Mam uszkodzony ośrodkowy układ nerwowy i z tego powodu występują różne komplikacje.
- Ale na co pan choruje?
- Stwardnienie rozsiane - odpowiedziałem.
- Czy jest pan pewny? - zapytał.
- Tak, ustalono to w Instytucie Psychoneurologicznym w Warszawie w 1982 roku, choruję już 16 lat i mam za sobą już 3 szpitalne kuracje hormonalne.
- Ja też choruję na SM, proszę zajść do gabinetu, porozmawiamy -
powiedział.- Mógłbym założyć tu zieleń (powierzchnia posesji około 4 ary), przy czym potrzebne byłyby pieniądze na pokrycie części wydatków - powiedziałem.Ta rozmowa zajęła mi około godziny, dzięki niej rozwiązałem dość skomplikowaną kwestię, odpocząłem, na jakiś czas minął przykurcz nóg i mogłem iść dalej. Zadowolony wróciłem do domu. Aby doprowadzić się do jako takiego stanu, który umożliwiałby mi nie tylko wyglądać, ale też i jakoś żyć, postanowiłem skorzystać ze zwolnienia lekarskiego. Dlatego też następnego dnia udałem się do neurologa po zwolnienie.
- To świetnie, w takim razie ja poprowadzę leczenie, a za to, co trzeba będzie, zapłacę. W ten sposób będziemy mniej więcej rozliczeni.
- Dziękuję, układ moim zdaniem jest bardzo dobry - powiedziałem - choć ja jestem w lepszej sytuacji, gdyż znam wynik mojej pracy, a pan do końca niczego nie może przewidzieć.
- Wszystko powinno się cofnąć, jeżeli się pan nie zniechęci. Leczenie musi potrwać. SM leczy się latami. Nie mogłem uwierzyć, myślałem, że żartuje.
- Jakimi latami? - zapytałem. Leczenia szpitalne trwały do dwóch miesięcy - nie chciałem zaakceptować zbyt długiego czasu leczenia.
- No, może rok wystarczy, a jak się uda to pół roku, może nawet kwartał - zobaczymy - powiedział.
- To ile pan przewiduje zabiegów? - zapytałem.
- Na początek 10, 2-3 razy w tygodniu. A ile czasu zajmie panu zieleń? - zapytał.
- Też zrobię to szybko - odpowiedziałem. - Zimą zrobię projekt i uzgodnimy korekty, wiosną 2-4 tygodnie roboty, jesienią lub następnej wiosny poprawię i będzie pięknie...
- No dobrze, to umawiamy się na 5 listopada - powiedział - na pierwszy zabieg.
- Dziękuję, do widzenia - wstałem i wyszedłem.
Lekarka nie wykazywała szczególnego entuzjazmu z powodu mojego stanu i grzecznościowo zapytała, jak zapatruję się na kwestię kuracji hormonalnej lub jakiegoś innego leczenia szpitalnego. Podziękowałem za propozycję i poprosiłem o zwolnienie lekarskie z pracy z uwagi na zmęczenie jesienne, kiepską pogodę, moje ogólne zmęczenie samym faktem istnienia oraz poczucie bycia złapanym w potrzask, chwilowo bez wyjścia... Zawsze jakieś wyjście się znajdowało, teraz też pewnie coś się znajdzie, musiałem tylko się pozbierać. Na początek wypisała mi chyba trzy tygodnie zwolnienia, witaminę B1, B12, cocarboxylazę - po 10 ampułek każdego specyfiku. Chodziłem na zabiegi akupunktury, przyjmowałem zastrzyki, prowadziłem gimnastykę korekcyjną - starałem się. W efekcie tego zamieszania już po 5 zabiegach akupunktury (około dwóch tygodni) poczułem, że zatrzymało się gwałtowne pogarszanie zdrowia i rozpoczęła się remisja, czyli moja regeneracja. Lekarz, rozpoczynając moje leczenie, podszedł do problemu optymis-stycznie. Tylko ja wiedziałem, że wyglądam znacznie lepiej, niż funkcjonuję. Czasami, chichocząc, w myślach porównywałem się do samochodu, w którym przerdzewiałe dziury w karoserii zalepiło się gazetami i szpachlą, a z wierzchu ładnie polakierowało, nie wspominając o silniku i skrzyni biegów, które też pozostawiały wiele do życzenia. Wygląda ładnie, jedzie i nikomu nie przychodzi do głowy, że na następnym skrzyżowaniu może się po prostu rozsypać. O rzeczach oczywistych nie trzeba mówić każdy sam do nich dojdzie...
Mijały dni, mój stan uległ pewnej poprawie i ustabilizował się. Zacząłem znów chodzić do pracy. Dłużej niż miesiąc nie powinienem przedłużać zwolnienia lekarskiego. Na drugiej zmianie dorabiałem na zlecenie jako leśnik w ośrodku rekreacyjne - wypoczynkowym.
W marcu 1994 roku, któregoś dnia dłużej chodziłem po ośrodkowym lesie, realizując planowe prace. Robiło się późno. Umówiłem się z żoną, że wyskoczymy po zakupy i nie odpoczywając po tym chodzeniu wsiadłem do samochodu. Jeździłem bardzo ostrożnie, wolno i zachowywałem dość dużą odległość za jadącymi przede mną pojazdami. Zima już się kończyła, spod śniegu prześwitywał asfalt i nie było zbyt ślisko. Gdy jechałem przez miasto, z jakichś względów irytującym wydał mi się "maluch" - (Fiat 126p), który z sobie tylko znanych powodów okropnie się wlókł. Postanowiłem go wyprzedzić zaraz za skrzyżowaniem, do którego się zbliżaliśmy. Zjechałem nawet do osi jezdni, żeby mieć lepszą pozycję wyjściową za skrzyżowaniem, gdy on, jakby nigdy nic, raptownie stanął na środku skrzyżowania i włączył kierunkowskaz w lewo. Nie przewidziałem takiej ewentualności. Mogłem zjechać na prawy pas i po prostu go minąć -jechałem wolno, był czas... Wpadłem w popłoch, chciałem stanąć i przeczekać aż pojedzie. Wolnego prawego pasa jezdni nie zauważyłem. Nacisnąłem więc hamulec, tzn. podjąłem próbę naciśnięcia hamulca, bo moja noga niestety minęła się z pedałem. Moje spowolnione reakcje dawały mi i temu facetowi przede mną coraz mniej szans. Zebrałem się jednak w sobie i ponowiłem próbę. Samochód ledwie się toczył - gdybym trafił na hamulec nic by się nie stało. Ponownie jednak nie udało mi się trafić i po chwili usłyszałem łomot spowodowany spotkaniem dwóch aut. Moje, leciutko cofnęło się i powtórnie skierowało ku samochodowi na jezdni. Pomyślałem sobie - tylko nie dobitka i za trzecim razem udało mi się trafić na hamulec. Byłem szczęśliwy, udało mi się stanąć. Nie miałem przyjemności uczestniczyć wcześniej w czymś takim, więc nie bardzo wiedziałem jak się zachować. Współuczestnik kolizji też nie był zorientowany, co robić dalej. Widać było, że jest bardzo przygnębiony. Wysiadł z nieco zezłomowanego samochodu, będącego pewnie dorobkiem życia i podbiegł do mnie.- Pan na mnie najechał - w jego stwierdzeniu wyczuwało się skrajną rozpacz.Zapaliłem papierosa i spokojnie czekałem na policję, ciesząc się, że to nie ja muszę chodzić do telefonu. Po jakimś czasie w lusterku wstecznym zobaczyłem radiowóz. Zatrzymał się obok. Po krótkiej rozmowie z właścicielem samochodu, na który najechałem, policjanci podbiegli do mnie. Otworzyłem okno.
- Tak - zapewniłem - to ja na pana najechałem, może zjedziemy na bok i ustalimy co dalej?
- Dobrze - powiedział, pobiegł do swojego nadszarpniętego zębem czasu i kolizji auta, wsiadł do niego, a następnie wysiadł i przybiegł z powrotem.
- Zadzwonię jednak po policję - oświadczył - to pan na mnie najechał -dodał.
- Dobrze, niech pan dzwoni - przyjadą, wyjaśnią - starałem się wpłynąć na niego uspokajająco, widząc jak bardzo targają nim wewnętrzne sprzeczności i dodałem - ja włączę światła awaryjne.- Pan uczestniczył w kolizji, jak było? - zapytał jeden z nich.Wysiadłem z samochodu, z pomocą tego drugiego kierowcy odczepiłem resztki przedniego zderzaka i wrzuciłem je do tyłu auta, następnie zjechałem tam, gdzie sugerowali policjanci. Zamknąłem samochód i wsiadłem do radiowozu. Gdy zajechaliśmy na miejsce, najwięcej obaw budziło we mnie wysiadanie z samochodu - było dość wysoko, a moje nogi nie zginały się tak, jak powinny. Nic się jednak nie stało. Udało mi się nie wywrócić i prawie prosto wszedłem do budynku. Przy sporządzaniu protokółu poproszono mnie o dowód rejestracyjny, osobisty i prawo jazdy. Po skończeniu przesłuchania wręczono mi dowód osobisty i rejestracyjny.
- Ten pan, którego samochód tu stoi, widzicie panowie, jechał przede mną, dojechał do skrzyżowania, następnie zatrzymał się i włączył lewy kierunkowskaz, sygnalizując, że zamierza skręcać w lewo. Wierzę, że z całą pewnością miał taki zamiar. W tym też momencie na niego najechałem.
- A więc przyznaje się pan, że był sprawcą kolizji? - zapytał.
- Oczywiście, że się przyznaję, nie mam powodów, by się wypierać, przecież to widać, kto na kogo najechał - odpowiedziałem.
- Nie zachował pan ostrożności, czy pan wie, co pan zrobił? - zaczął krzyczeć.
- Bardzo przepraszam, ale nie widzę żadnych powodów, by się denerwować i podnosić głos z powodu zaistniałej sytuacji. Jestem ubezpieczony i mam pełne prawo uczestniczyć w wypadku, który może się zdarzyć z mojego powodu, a ewentualne koszty powstałych strat z tego tytułu reguluje firma ubezpieczająca, z mojej polisy - dodałem.
- No tak, ma pan rację, czy pił pan? - zapytał.
- Nie.
- To dobrze, zjedźcie obaj na chodnik, pojedziemy na komisariat, spiszemy protokół.
- Czy odwieziecie nas panowie później z powrotem? - zapytałem (do komisariatu były 3 km).
- Oczywiście - odpowiedział jeden z nich.- Jeszcze prawo jazdy - powiedziałem.Poszedłem do pomieszczenia, które wskazano i dmuchnąłem w rurkę wskazanego sprzętu - zaszumiało, zaszemrało i wyrzuciło papierek z napisem alkohol - 0,00. Policjanci patrzyli na wynik z niedowierzaniem, mrugali oczami - widać wyglądałem im na więcej... Oddali prawo jazdy, wypisali mandat za nieostrożną jazdę i stwarzanie zagrożenia jako dla sprawcy kolizji i odwieźli do samochodu. W najbliższej przyszłości trzeba było wyklepać bagażnik - zmniejszyła się nieco jego kubatura - oraz wymienić zderzak i akumulator na nowe - ten ostatni też się zużył. Zacząłem się zastanawiać nad przekazaniem kierownicy mojej żonie. Do tej jednak pory nie wyrażała zainteresowania prowadzeniem samochodu.
- Oddamy je, jak wróci pan z alkomatu - odpowiedział przesłuchujący mnie, uśmiechając się dwuznacznie.
- Oczywiście - zgodziłem się - gdzie ten alkomat?
Po kilku miesiącach zabiegów akupunktury, gdy pierwsza faza zakładania zieleni była już przeze mnie zakończona, moje leczenie wzbogaciło się o stymulację hormonalną. Po miesiącu zamieszania usztywnienie ud zaczęło "rozpuszczać się". Tak naprawdę to nie mam pojęcia, co się działo, ale z całą pewnością następowała dość istotna transformacja mięśni. Dość duże zmiany, jakie zaszły w przeciągu wielu lat choroby w funkcjonowaniu prawego kolana i prawej stopy, cofały się. Prawe kolano funkcjonowało niezupełnie normalnie, co było pewnie wynikiem zmian w rdzeniu kręgowym. Nie wyprostowywało się mianowicie do końca, gdyż uniemożliwiał to zgrubiały patologicznie przyczep mięśniowy. Miało to jednak ten plus, że prawie normalnie zginała się stopa. Po tej stymulacji nie wiadomo było do końca, czy jest lepiej, czy gorzej - na pewno było inaczej. Po pół roku planowaliśmy wszystko powtórzyć. Czas płynął, a ja nie zniechęcałem się, na ogół zawsze starałem się być konsekwentny w realizacji ważnych zamierzeń.
W grudniu 1994 r., gdy wracałem z "drugiej zmiany", przy schodzeniu ze schodów skręciłem nogę w kostce. Uszkodzeniu uległo ścięgno, biegnące od kostki do palców po zewnętrznej stronie stopy. Nie dość, że nerw strzałkowy nie funkcjonował za dobrze, to jeszcze to ścięgno. Stan prawej nogi był nienajlepszy. Z pomocą kolegi doszedłem jakoś do samochodu, ale o samodzielnej jeździe nie było mowy. Ból stopy uniemożliwiał naciśnięcie na hamulec. Z tego też powodu kolega pojechał ze mną i prowadził samochód do miejsca, gdzie jakoś doszedłem do siebie i mogłem sam powolutku jechać. Odstawiłem auto na miejsce garażowania i pokuśtykałem do domu. Następnego dnia spotkałem się z leczącym mnie lekarzem i omówiłem zaistniałą sytuację. Skręcenie stopy było sprawą dość nieprzyjemną i w normalnej sytuacji należałoby założyć gips. Tu jednak, jak ustaliliśmy, należało na problem spojrzeć elastycznie. Zbyt długie usztywnienie stopy mogło spowodować nieodwracalne zmiany. Z tego też powodu zrezygnowaliśmy z gipsu. Stopę miałem bandażować bandażem elastycznym i chodzić ostrożnie. W najbliższym czasie mieliśmy zacząć powtórną stymulację hormonalną, więc ustaliliśmy, że zaczniemy ją od zaraz. Zaczekaliśmy tylko do czasu, aż wezmę zwolnienie lekarskie od neurologa, żeby sobie nie komplikować życia...
Od kilku lat, po reorganizacji w lasach, nie byłem już nadleśniczym terenowym, z uwagi na likwidację stanowiska. Pracowałem w biurze, prowadząc sprawy dotyczące zagospodarowania lasu i nadzorując produkcję szkółkarską. Z uwagi na wcześniejsze uporządkowanie bieżących spraw mogłem sobie pozwolić na przerwę w pracy i po uzgodnieniu tego z szefem kolejny raz udałem się do neurologa. W trakcie badań lekarka ustaliła, iż mój stan nie jest najlepszy, a stopa wymaga interwencji chirurga. Następnie wypisała standardowe specyfiki i dała zwolnienie lekarskie z pracy. Od razu uzgodniłem, że gdy zaistnieje potrzeba przedłużenia zwolnienia lekarskiego, nie będę przychodził osobiście, a zgłosi się w tej sprawie moja żona. W ten sposób mogliśmy spokojnie kontynuować leczenie.
Kuracja hormonalna nie dała radykalnej poprawy, ale zmieniła zakres ruchów. Było jakby normalniej. Po miesiącu zwolnienia wróciłem do pracy i systematycznie kontynuowałem leczenie akupunkturą. Powolna transformacja mięśni i ścięgien powodowała pojawienie się bólu w stawach, co utrudniało chodzenie. W październiku 1995 r. przeprowadziliśmy króciutką kurację dexovenem. Jej działanie było bardzo silne. Wynik tej kuracji skomplikował chodzenie. Zanik pewnych usztywnień mięśni i ścięgien był przyczyną bólu, pojawiającego się w kolanach przy wykonywaniu jakichkolwiek kroków. Gdy siedziałem lub leżałem, nic mnie nie bolało. Rozwiązaniem problemu byłaby rehabilitacja i masaże. Nie mogłem jednak tego wprowadzić w życie z różnych względów. Sytuacja nie była jednak bez wyjścia. Złożyłem podanie i potrzebne dokumenty z prośbą o skierowanie mnie do Krajowego Ośrodka Mieszkalno-Rehabilitacyjnego dla osób chorych na SM. Otrzymałem przydział na drugi kwartał 1996 roku. Był już styczeń i w najgorszym wypadku pozostawało pięć miesięcy, które trzeba było jakoś przetrzymać. Jak co roku, przygotowałem prace zalesieniowe - odnowieniowe i czekałem na wiosnę, która tego roku wybitnie się nie śpieszyła. W marcu ból kolan stał się już bardzo uciążliwy. Nawet wstanie z krzesła było kłopotliwe. Któregoś dnia inspektor kontrolujący pracę firmy rozmawiał ze mną na temat kłopotów z nogami, które jak ustaliliśmy, miałem niezupełnie zdrowe.- Czy może pan biegać? - zapytał.Wiosna przyszła w końcu kwietnia i rozpoczęły się przygotowywane prace. Zdążyłem zsynchronizować to, co było niezbędne i z uwagi na ból nóg wziąłem planowy urlop wypoczynkowy. Dostałem zawiadomienie o przyznaniu mi miejsca w Ośrodku od 16 maja. Wcześniej, korzystając z przysługującego mi prawa, zwróciłem się z prośbą do dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych o udzielenie mi okolicznościowego urlopu na poratowanie zdrowia na okres 3 miesięcy. Do podania dołączyłem decyzję o skierowaniu na rehabilitację i opinię lekarską, z której wynikało, że istnieją przesłanki pozwalające sądzić, że urlop stwarza rokowanie mojego powrotu do pracy w stanie umożliwiającym jej kontynuację. Sprawę samochodu - formalnego sfinalizowania umowy leasingowej rozwiązałem w lutym. Dopłaciłem różnicę, którą miałem uiścić i samochód stał się moją własnością. Od sierpnia poprzedniego roku jeździła już nim w głównej mierze moja żona. W pracy ustaliliśmy, kto zajmie się bieżącymi sprawami, które prowadziłem i mogłem iść na urlop.
- Nie, tego raczej nie można nazwać bieganiem - odpowiedziałem.
- Rozumiem, może pan iść krokiem marszowym - kontynuował.
- To też raczej nie jest najwłaściwsze określenie. Użyłbym tu sformułowania: przemieszczam się w zamierzonym kierunku, lecz niekoniecznie po linii prostej.
16 maja 1996 r. na turnus rehabilitacyjny odwiozła mnie żona i zaczęły się wreszcie długo oczekiwane wakacje. Byłem tak potwornie zmęczony, że nie chciało mi się nawet mówić. Przy przyjęciu do ośrodka sympatyczna pani, będąca kierowniczką opiekunek (pielęgniarek) w miły sposób sugerowała ewentualną składkę na zakup drzew do zakładanej w otoczeniu ośrodka zieleni, widząc we mnie potencjalnego darczyńcę. Byłem jednak bardzo daleki od składania jakichkolwiek deklaracji. Spokojnie wyjaśniłem, że chciałbym chwilowo odpocząć od drzew, zieleni, różnych prac i ewentualnie wrócimy do tego tematu później.
Ośrodek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jednorazowo mogły w nim przebywać 52 osoby skierowane na rehabilitację, z czego połowa mieszkała w jednoosobowych pokojach. Każdy pokój był z dostosowaną do wózków inwalidzkich łazienką i niezbędnym wyposażeniem. W kilku miejscach na holu były ustawione telewizory. W budynku mieścił się basen do ćwiczeń, dwie sale gimnastyczne, pomieszczenia do terapii zajęciowej, magnetoterapii i masaży wodnych, stołówka - całość na dwóch kondygnacjach, między którymi kursowały windy. Okazały dworek, w którym często organizowano okolicznościowe spotkania towarzyskie, dopełniał całości i dawał możliwość spędzenia czasu w ulubiony sposób. Na terenie ośrodka znajdowała się hala do hippoterapii i teren do jazdy na powietrzu. Nad mieszkańcami czuwali rehabilitanci, terapeuci, lekarze, a także psycholog i pracownik kulturalno -oświatowy. Turnus trwał przeciętnie 6 tygodni i dawał możliwość poprawy sprawności ruchowej i relaksu. Raz w tygodniu organizowane były ogniska lub inne spotkania integrujące wszystkich mieszkańców.
Pobyt w ośrodku bardzo mi pomógł. W procesie mojego leczenia był momentem przełomowym. Moje nadszarpnięte zębem czasu mięśnie nóg powolutku zaczynały pracować, a ból prawego kolana z dnia na dzień stawał się mniej uciążliwy. Przede mną rysowała się jeszcze daleka droga. Utwierdzałem się w przekonaniu, że jest ona najwłaściwsza ze wszystkich, po których szedłem razem z chorobą. Z dużym zainteresowaniem przeczytałem polskie tłumaczenie książki wydanej w 1983 r. w języku angielskim "Therapeutic Claims in Multiple Sclerosis" pod auspicjami The International Federation of Multiple Sclerosis (IFMSS). Umożliwiło mi to szersze spojrzenie na problem choroby oraz przeprowadzenie analizy metod leczenia. Zrozumiałem przesłanki, którymi się kierowano i na podstawie syntetycznych wniosków, po usystematyzowaniu zdarzeń, podjąłem próby sformułowania hipotezy etiologii SM. Praca, którą wykonuję, często wymagała ode mnie rozwiązywania różnorodnych problemów. Zawsze należało ocenić istniejący stan, przeprowadzić inwentaryzację i ustalić, jaka jest kondycja biogrup itp. Następnie należało określić możliwie wszystkie teoretyczne przyczyny, które do niego doprowadziły. W dalszej kolejności precyzowało się różnorodne zadania, których realizacja była konieczna do osiągnięcia celu, przy uwzględnieniu samoregulujących mechanizmów naprawczych. Dopiero po wykonaniu tych wszystkich działań można było precyzować tok postępowania.
Bardzo wiele zostało zrobione w kwestii poprawy komfortu życia ludzi chorych na SM. Nie mniej, nie należy na tym poprzestawać. Omawiana publikacja uzyskiwane wyniki bardzo ładnie przyporządkowuje kierunkom badań. Z uwagi na różnorodny przebieg stwardnienia rozsianego w leczeniu wyróżniamy cztery główne cele:Ja wybrałem sobie weselsze i bardziej interesujące idee. Nigdy nie rozmieniałem się na drobne. Kiedy już coś zaczynałem robić, to jak już wspominałem, starałem się to robić dokładanie i kompleksowo. Bo tak naprawdę, pomimo iż nic do końca nie jest ani czarne, ani białe i istnieje nieskończoność odcieni szarości, to na coś trzeba się w końcu zdecydować. Z tego też względu, dla samego siebie, zrealizowałem pierwszy punkt całego toku postępowania. Opracowałem hipotezę etiologii i powiązałem ją z pozostałymi elementami. Każdy sam musi cały czas wybierać i nikt za nikogo nie rozwiąże jego problemów. Podniesienie ogólnej świadomości wszystkich, których ta choroba dotyczy, może im ułatwić życie.
- Zmniejszenie nasilenia objawów w aktualnie trwającym rzucie,
- Zmniejszenie częstości występowania rzutów choroby,
- W postaci postępującej - zatrzymanie lub jej złagodzenie,
- Łagodzenie powstałych uszkodzeń.
Któregoś dnia w Dąbku przy ognisku, ktoś powiedział, że spodziewa się rozwiązania problemu SM dzięki rozwojowi farmakologii. Wiele osób czeka na cudowny lek, a jeżeli wymyślenie leku nie jest możliwe, jeżeli SM nie jest spowodowane przez coś, co można wyeliminować i skompensować powstałe ubytki? Zniszczonych więzi i istniejących zależności nie można odbudować na zasadzie chcenia. Kiedy kończy się małżeństwo, bo zanikły dobrowolne więzi, żadne pieniądze nie odtworzą związku, ani też nie zagwarantują harmonii istnienia. Gdy w organizmie człowieka zostają zniesione pewne więzi gwarantujące mu swobodne poruszanie się w każdych warunkach, powinien on zwrócić uwagę na fakt, iż idzie po grani - a po grani należy iść wolno i ostrożnie, żeby nie spaść w przepaść.
Dość interesującym sposobem postępowania, moim zdaniem, są metody leczenia skojarzeniowego. Opierają się one na kombinacjach diety, podawaniu witamin, zakazie palenia tytoniu i picia alkoholu, ćwiczeniach usprawniających, stymulacjach elektrycznych, psychoterapii, magnetoterapii, czasem także na leczeniu farmakologicznym kortykosteroidami. Wymienione wyżej różnorodne metody działania zmierzają do jednego celu, którym jest optymalizacja funkcjonowania organizmu jako całości. Przy braku harmonii pracy układów koordynujących - nerwowego i hormonalnego - w bardzo krótkim czasie dochodzi do uszkodzenia obwodowego układu nerwowego i układu wegetatywnego. Z powodu zakłóceń hormonalnych metabolizm komórkowy przebiega w upośledzony sposób. Zanikają możliwości buforowe poszczególnych układów, umożliwiające w sposób zamienny kompensowanie niedostatków np. w pożywieniu. Stąd bardzo rozsądna jest optymalna dieta, bogata w witaminy, od których uzależnione są procesy enzymatyczne. Zmniejszenie lub nawet zminimalizowanie tłuszczów zwierzęcych na rzecz roślinnych w pożywieniu odciąża układ limfatyczny poruszany pracą mięśni. Gdy mięśnie nie mogą prawidłowo pracować z uwagi na uszkodzenia połączeń nerwowych, nie krąży limfa, a układ limfatyczny jest przeciążony elementami morfotycznymi i wtedy dochodzi do kolejnych uszkodzeń na zasadzie choroby łańcuchowej. Tak więc przyczyny wywołują skutki będące przyczynami dla następnych skutków itd.
Palenie tytoniu powoduje przykurcz naczyń krwionośnych i dodatkowe rozregulowanie centralnego mechanizmu regulacji temperatur, a ponadto utrudnia i bez tego nie najlepsze dotlenienie komórek. Alkohol uszkadza komórki nerwowe, które i tak są już uszkadzane, więc spożywanie go nie jest działaniem najrozsądniejszym. Stymulacje elektryczne i magnetoterapia wpływają pobudzająco lub modyfikująco i wzmacniająco na układ energetyczny, co z kolei może wywierać wpływ na układy koordynujące pracę organizmu. Dodatkowe stosowanie kortykosteroidów np. w sytuacjach krytycznych (rzut choroby) jest również łatwe do uzasadnienia w leczeniu SM. Metody skojarzeniowe, jako całość działań, nie są jednak łatwe w ocenie ich efektywności. Trudno ustalić, z uwagi na ich różnorodność oraz brak powtarzalności działań, w ilu przypadkach na sto stosowanie ich dało poprawę, a w ilu nie zmieniło stanu wyjściowego lub spowodowało pogorszenie. Nie można też ocenić, czy zmiany nastąpiły samoistnie, czy w wyniku stosowania tego typu leczenia. Wszystkie te pytania dla mnie są retorycznymi, dlatego uważam, że jedyną radą jaką można udzielić komuś, kto styka się z chorobą, jest to, aby postępował według własnego uznania. Można się spodziewać, że po zapoznaniu się z możliwie dużą ilością informacji dotyczących choroby każdy podejmie właściwą decyzję. Ja ten problem miałem już rozwiązany.
Pobyt w Ośrodku Mieszkalno-Rehabilitacyjnym był mi bardzo potrzebny. Odpoczywałem, regenerowałem się. Kiedyś bardzo lubiłem pływanie, teraz podobały mi się zajęcia w basenie. Jeden z moich kolegów, jeszcze przed wyjazdem, gdy opowiadałem mu o ośrodku, wyrażał swoje zdziwienie z powodu odczuwania przyjemności podczas pływania. - Gdy człowiek płynie, to się męczy i na dokładkę może się utopić. Co w tym jest przyjemnego? - pytał.
- No chyba to, że w wodzie nie można się pocić - dodawał. Ja uważałem, że w tej kwestii zdania są podzielone i z przyjemnością chodziłem na wszystkie zajęcia.
Po sześciu tygodniach pobytu nie byłem zupełnie jak nowy, ale za to w dobrym stanie. Dodatkowe sześć tygodni urlopu umożliwiło mi powrót do pracy. Na 2 tygodnie przed końcem urlopu rzuciłem palenie. Nie mogłem już dłużej snuć rozważań, paląc papierosa, na temat tego, co jest szkodliwe. Bezspornie najbardziej szkodzi samo życie - wszyscy co żyją - umierają, ale palenie przy SM jest daleko nierozważne.
Wraz z postępem technicznym w nadleśnictwach Lasów Państwowych miał być wprowadzony jednolity w całym kraju system informatyczny, usprawniający planowanie prac i ich ewidencję. Bałem się komputeryzacji ze względu na konieczność dostosowania się do nowych warunków pracy. Nikt nie mógł przewidzieć, jak się to uda. Po powrocie z urlopu wpadłem właśnie w wir wstępnego wdrażania tych wszystkich nowości w naszym nadleśnictwie. Zamieszanie trwało do końca roku. W tym czasie ewidencjonowało się podwójnie - po staremu i testując nowe. Od początku 1997 roku wszystko ruszyło po nowemu. Moje obawy okazały się na szczęście bezzasadne. To niewiadome, nowe, zaczęło mi się podobać i fakt możliwości chodzenia, sprowadzający się do przemieszczania w określonym kierunku, z pewnymi ograniczeniami wynikającymi z nierówności terenu, przestał być istotny. Do tego, co robię zawodowo, w zupełności wystarcza wyobraźnia i to, co pamiętam z wyglądu lasu. Nie muszę chodzić po nierównym terenie, by tworzyć rzeczywistość. Miałem wystarczająco dużo czasu, by się tego nauczyć. Praca, którą wykonuję, jest wystarczająco urozmaicona, by się nie nudzić i daje jednocześnie wiele innych możliwości. Choroba ustabilizowała się i stan zdrowia nie wymaga radykalnych działań. Około 500 zabiegów akupunktury z tymi wszystkimi dodatkami dało mi czas na zrobienie tego wszystkiego, co mam zrobić. Bardzo wiele pomógł mi Edgar Cayce w lepszym zrozumieniu świata, siebie i sensu istnienia. Jestem przekonany, że każdy w swoim życiu ma dokładnie to, na co zasłużył, a jednocześnie wolna wola i wybór, którego dokonuje, są ważniejsze i dają większe możliwości niż przeznaczenie.
Gdy zastanawiam się, czy to już wszystko, co mogłem zrobić w kwestii własnego zdrowia, to wiem, że z całą pewnością istnieje jeszcze szereg możliwości, z których pierwszą, z jakiej ewentualnie skorzystam, będzie bioenergoterapia. Układ energetyczny w moim przekonaniu jest tym układem, który w organizmie człowieka kontroluje wszystkie układy i może wywierać dowolny wpływ na ich stan. Choroba umożliwia każdemu jego rozwój wewnętrzny, daje nowe możliwości, o których się nawet nie myślało. O wiele więcej dzięki niej można dostrzec.
Nie ma chorób nieuleczalnych - wszystko jest kwestią czasu. W końcu wymyśli się skuteczne działania zmierzające do wyeliminowania SM.
W świecie roślin i zwierząt też obserwuje się rozwój świadomości organizmów. Uczą się one z pokolenia na pokolenie coraz to nowszych działań umożliwiających im przetrwanie i rozkwit. Drzewo atakowane przez owady lub grzyby wytwarza 4 bariery blokujące rozwój szkodnika, z których najskuteczniejszą, umożliwiającą przetrwanie, jest wyrzucanie fenolu o dużym stężeniu do bieżącego przyrostu. Pozostałe blokady opóźniające atak, dają czas na stworzenie zabezpieczeń gwarantujących życie. Małe rośliny narażone są na uszkadzanie korzeni przez pędraki. Nie umierają jednak, ograniczają wzrost i regenerują korzenie wysycając je fenolem. W trzecim roku życia roślin nie występują już zauważalne ubytki w populacji, wynikające z wrogich działań podziemnych nieprzyjaciół. Podobnie rzecz ma się pewnie przy zjadaniu koron drzew przez żyrafy. Nie zjadają one całych koron. Drzewa regenerują korony, jednak żyrafy ich już nie jedzą. Zupełnie malutkie roślinki, zaraz po opuszczeniu osłonki nasionka są delikatne i narażone na atak grzybów zgorzelowych. W pojedynkę nie mają szans, ale gdy jest ich wystarczająco dużo, mogą komunikować się ze sobą i skutecznie przeciwstawiać atakowi grzybów, wyrzucając do komórek skórki substancje zwalczające grzyba. Grzyb też uczy się skuteczniejszych metod. Pędraki mają także swojego wroga w postaci kreta, a na niego też ktoś poluje. Wszystko podnosi swoje kwalifikacje, by żyć i podnieść jego komfort. Z tych samych względów w organizmie człowieka chyba nie można mówić o autoagresji. Jest on odpowiednikiem idealnego porządku, gdzie wszyscy pracują dla wspólnych korzyści. Negatywne emocje mogą jednak zakłócić panującą harmonię istnienia. Dlatego też ważne w SM jest znalezienie wewnętrznego spokoju i nauczenie się miłości do samych siebie i otaczającego nas świata.