Moje SM - Przyczyny i leczenie


Rozdział III - Praca

    Praca zawodowa była czymś niewiadomym. Teoretycznie byłem do niej świetnie przygotowany, a idee przyświecające leśnictwu bardzo mi się podobały. Trwałość i ciągłość produkcji, przy zachowaniu zrównoważonego rozwoju, czego teoretycznym modelem był las normalny, zawsze mnie fascynowały. Nawet pracę magisterską robiłem z zagadnień, których szersze poznanie mogło mi się później praktycznie przydać w pracy zawodowej. Uczyłem się wnioskować o stanie populacji na podstawie prób, pobieranych zgodnie z zasadami statystyki matematycznej. Szerzej zawsze interesowałem się zagadnieniami dotyczącymi zagospodarowania lasu, zmierzającymi do zapewnienia współistnienia wszystkim elementom biocenozy. Celem wszystkich kierunków studiów jest nauczenie myślenia i rozwiązywania problemów oraz analiza zdarzeń i tworzenie rzeczywistości, umożliwiającej unikanie wcześniej popełnianych błędów. Człowiek całe życie uczy się mnóstwa różnych rzeczy i nigdy nie może powiedzieć, że poznał już wszystko, co było do poznania. Pracę rozpoczynałem razem z kolegą, z którym chodziłem do jednej klasy technikum, a potem studiowałem. We dwóch zawsze było raźniej. Nie przyjaźniliśmy się nigdy wcześniej, ale ta sytuacja musiała tworzyć nową więź, co sprawiało, że pracowało nam się sympatyczniej. Pracownicy firmy, w której się pojawiliśmy, obserwowali nas z zainteresowaniem, oceniając, co inżynierowie potrafią i jak odnajdą się w nowych realiach. Staraliśmy się wypaść jak najlepiej i uczyć się wszystkiego z dużym zaangażowaniem. Zbyt wielką opieką nikt nas nie otaczał i praktycznie wszystkiego musieliśmy nauczyć się sami. Przez pierwszy miesiąc dojeżdżałem do odległego o 25 kilometrów leśnictwa autobusem. Nadzorowałem tam prace praktykantów zatrudnionych przy pielęgnowaniu lasu. Podobało mi się to, choć musiałem wstawać o 5.00, a z pracy wracałem o 17-18. Jadłem coś, myłem się i szedłem spać. Dobrze, że rodzice, u których mieszkałem, niczego więcej ode mnie nie wymagali. Samodzielny start w dorosłe życie wcale nie był taki prosty. Po szpitalu nie byłem w najlepszej formie. Po całym dniu na nogach miałem jeszcze 2 km do autobusu i nikt mnie do niego nie odwoził. Przyzwyczaiłem się dość szybko do tego i śmiałem się, że teraz wypadła kolej na mnie przy budowie socjalizmu. Po miesiącu praktykanci szczęśliwie odjechali, a ja odetchnąłem z ulgą i zacząłem pracować w biurze. Szybko uczyłem się prowadzenia dokumentacji zaistniałych zdarzeń, a gdy nadleśniczy uznawał, że trzeba uczyć mnie pracy w lesie, jeździłem z nim w teren.
    Zasięg terytorialny nadleśnictwa wynosił 100 tyś. ha, jego powierzchnia około 24 tyś. ha, a położenie na Pojezierzu Mazurskim, wśród jezior, uatrakcyjniało pracę. Nadleśniczy widząc, że szybko zaczynam swobodnie poruszać się po zagadnieniach dotyczących zagospodarowania lasu, dał mi niemalże pełną swobodę w prowadzeniu produkcji szkółkarskiej. Powierzył prowadzenie spraw związanych z zagospodarowaniem i inne prace, które spełniały mnie zawodowo. Mogłem bawić się pracując, a ponadto prowadzić różne ciekawe eksperymenty. Praca zapowiadała się wspaniale, nieco gorzej wyglądała kwestia finansowa - moje zarobki były mało interesujące. To jednak jakoś się ułożyło, gdy zakończyłem remont mieszkania. Miałem je otrzymać z chwilą zatrudnienia, zgodnie z umową o pracę. Do Giżycka przyjechała wówczas moja żona z dzieckiem i zaczęliśmy pracować oboje. Te kilka miesięcy zwłoki nie liczyło się. Standard wymarzonego mieszkania nie był zbyt wysoki. Ono samo też - 2 m 10 cm, z lokalnym centralnym ogrzewaniem i dymiącym z różną intensywnością piecem. W całym mieszkaniu (kuchnia, łazienka i dwa pokoje - razem 60 m2) nie było dwóch pomieszczeń, w których temperatura byłaby taka sama, przy pracującym piecu. Piec sam z siebie funkcjonował jak smok - codziennie trzeba było wrzucić do niego 6 wiader koksu, a najpierw wnieść je z piwnicy na drugie piętro. Koksu też w tamtych czasach nie można było kupić tyle, ile trzeba, tylko tyle, na ile był przydział. Miałem przydział na 1.200, a zapotrzebowanie na 6.000 kg. Z tego względu mój przydział oddawałem bardziej potrzebującym, a sam organizowałem pełną wywrotkę. Kiedy obserwuję moje otoczenie, to zastanawiam się, jak duży udział w powstaniu takiej mentalności miał system społeczny, który powodował szerzenie wśród zasad etycznych moralnego kodeksu Kalego (czarnego służącego bohatera powieści Sienkiewicza "W pustyni i w puszczy"). Kali zapytany, czy rozumie, co to jest dobro, a co zło, odpowiedział, że oczywiście, iż rozumie: "Źle to wtedy, gdy ktoś Kalemu ukraść krowę, a dobrze wówczas - gdy Kali ukraść krowę". Ja ten koks "organizowałem", nie zastanawiając się nad jego pochodzeniem, ani nad drogą, jaką faktycznie miał przebyć i z mojego powodu nie przebył. To rozwiązanie było dobre, choć sam go nie akceptowałem... Modne było wówczas w pracy zapisywanie wszystkich do partii. Słowo "polityczna" było już zbędne - mówiąc "partia", miało się na myśli Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą - jak uważały środowiska rządzące - elitę i awangardę narodu polskiego. Co do elity nie miałem wątpliwości - to ci, co na górze, ale określenie awangarda nigdy mi nie pasowało do tego typu organizacji - była to siła raczej zacofana i z tępym uporem tkwiąca na straży sobie tylko zrozumiałych wstecznych zapatrywań. Któregoś dnia szef wezwał mnie do gabinetu. Był tam przewodniczący związków zawodowych i przedstawiciel podstawowej organizacji partyjnej w zakładzie pracy.

- Chciałem panu zaproponować, w dowód uznania dla pana pracy, wstąpienie do partii - zaczął nadleśniczy.
- Dziękuję za to zaszczytne wyróżnienie, ale szczerze mówiąc działalność polityczna, do jakiej byłbym zobligowany, nie interesuje mnie -odpowiedziałem.
- Ależ wcale nie musiałby pan działać - wyjaśniał życzliwie razem z pozostałymi kolegami - na razie wystarczy, że pan się zapisze. Zresztą, aby można było awansować, trzeba być w partii.
- No cóż, ja wszystko rozumiem panie nadleśniczy, ale pan chyba nie zauważa wszystkich przesłanek uniemożliwiających mi wstąpienie w szeregi - dodałem - Moja ideologia jest idealistyczna, co z kolei kłóci się z ideologią materialistyczną, określającą spojrzenie na świat członków partii.
- Ależ do kościoła będzie pan mógł chodzić - zaoponował przewodniczący związków zawodowych.
- Tu nie chodzi tylko o kwestię kościoła - odpowiedziałem.
- No to o co jeszcze może chodzić? - zapytał z kpiną w głosie.
- O trzy podstawowe różnice uniemożliwiające mi wstąpienie w szeregi. Materialiści uważają, że wszechświat jest poznawalny, lecz nie do końca poznany, ja uważam, że tu na Ziemi, jest niepoznawalny. Ponadto uważam, że można pytać, jak został stworzony świat, a nie jak powstał świat, l co jest najważniejsze - uważam, że idea była i jest pierwotną, a materia wtórną sprawą. W tej sytuacji chyba sami panowie widzicie, że nie mogę wstąpić w szeregi. W przeciwnym bowiem razie codziennie przy goleniu musiałbym pluć sam na siebie, patrząc w lustro - zakończyłem wypowiedź.
    Zauważyłem, że zrobiłem na nich korzystne wrażenie, bo dwóch nic już nie mówiło, a sam boss zaczął prowadzić dialog ze sobą pomrukując coś niezrozumiale. Z czasem udało mi się nawet ustalić, co mówił w takich sytuacjach - brzmiało to mniej więcej tak: gm gm gm gównażeria... psia mać! W tej sytuacji ukłoniłem się grzecznie - Dziękuję, że raczyliście panowie poświęcić mi tyle czasu - dodałem i wyszedłem.
    W pracy na razie choroba nie uwidaczniała się, ale całe moje nastawienie do wszystkiego przesycone było tymczasowością. Nastrój chwili i braku perspektyw towarzyszył mi około roku. Po którejś kolejnej rozmowie z żoną doszedłem do wniosku, że życie wcale się nie skończyło, a początek i koniec istnienia mają wszystkie obserwowane zdarzenia. Dzięki temu udało mi się spojrzeć na świat bez przygnębienia tym, co może być jutro, lecz z radością tego co jest dziś. Wszystko, co robiłem, starałem się robić tak, aby nie trzeba było poprawiać. Starałem się niczego nie odkładać na kiedyś - to kiedyś było zbyt niewiadome, tylko dziś było realne. O chorobie trochę zapomniałem, żyłem, jak gdyby nigdy nic.
    Razem z kolegą dodatkowo zorganizowaliśmy sobie robotę przy zakładaniu zieleni. Musieliśmy trochę popracować fizycznie. Patrząc jak pracuję, wyrażał on swoje zdumienie moimi możliwościami, pomimo choroby... Z tego typu zdrówkiem jest jednak tak, jak ze zbyt krótką kołderką - jak przykryje się nogi, marznie się w szyję, jak podciągnie się pod szyję - wystają nogi... Pracowało się całkiem dobrze - zarobiliśmy trochę dodatkowych pieniędzy, ale ja po miesiącu zachorowałem na zapalenie oskrzeli. Temperatura 38°C z kreskami spowodowała częściowy paraliż. Bezwład, który mnie ogarniał, uniemożliwiał chodzenie. Dominującym uczuciem w tamtym momencie było zdziwienie - to już, tak szybko? Lekarz z pogotowia ratunkowego zalecił leki i powiedział, że ten stan minie, gdy spadnie temperatura i poprawi się ogólny stan zdrowia. Przeczekałem - minęło i znów był piękny dzień. Mogłem zaobserwować na sobie samym konsekwencje istniejących zależności pomiędzy różnymi układami tkankowymi. Ponadto fakt przemijającego nasilania się i ustępowania objawów chorobowych spowodowanych podwyższoną temperaturą pozwalał przypuszczać, że objawy kliniczne mogą zależeć od innych niż demielinizacja czynników. Być może ona sama jest już zjawiskiem wtórnym.
    W pracy, w dalszym ciągu co jakiś czas bywaliśmy z kolegą nękani propozycjami wstąpienia w szeregi przewodniej siły narodu (PZPR), więc aby zrobić unik taktyczny i zyskać na czasie postanowiliśmy uczęszczać na zajęcia WUML-u (Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu - Leninizmu). Różnica pomiędzy Uniwersytetem Jagiellońskim a WUML-em była mniej więcej taka, jak pomiędzy Alma Mater, a Kurwa Mać. To zdążyła mi wcześniej wyjaśnić moja śp. Mamusia, która z uwagi na kułackie pochodzenie 6 lat mieszkała na Syberii. Później w Polsce nie mogła iść na dowolne studia, bo z tych samych względów nikt nie chciał jej dać skierowania i musiała studiować tam, gdzie skierowania były zbędne - filologię rosyjską, białoruską i ukraińską. Nigdy jednak z tego powodu nie widziałem u niej niezadowolenia. Była damą, która umiała cieszyć się tym, co miała. W tym, co robiła zawodowo, także była perfekcjonistką. Gdy była na jakimś szkoleniu w Związku Radzieckim i rozmawiała z mieszkańcami, jako jedyna rusycystka nie była postrzegana jako obcokrajowiec. Chodząc na zajęcia WUML-u mogłem zapoznać się z różnymi możliwościami postrzegania tego samego zjawiska. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że to, czego uczyłem się na studiach pod nazwą filozofia marksistowska, było tak naprawdę historiozofią, a to, z czym zapoznałem się na WUML-u, faktycznie było tendencyjnym, materialistycznym skrzywieniem faktów. To nieprawda, że nie kłamać to znaczy mówić całą prawdę. Jeżeli pewne fakty się pominie lub przemilczy, to zmieni się sens postrzeganych zdarzeń. Każda półprawda to całkowite kłamstwo.
    W pracy wszystko układało się w miarę pomyślnie. Coraz częściej jeździłem do lasu z nadleśniczym i zastępcą nadleśniczego. Z czasem przejąłem pełną kontrolę nad szkółkami i jeździłem sam, tzn. samochodem służbowym z kierowcą. Praca, las i wszystko, co się z tym wiązało, coraz bardziej mnie wciągało. Miałem coraz więcej pomysłów do realizacji. Już jesienią w 1986 roku, zamierzałem wprowadzić nowe rozwiązania organizacyjno - technologiczne w produkcji szkółkarskiej, które powinny, prócz prac szkółkarskich, poprawić jakość prac zalesieniowych. W styczniu dostałem mieszkanie w nowo wybudowanym bloku - 73 m2. Mówi się, że stresem jest otrzymanie mieszkania (gdy się podaje informacje o przyczynach rzutów SM). Fakt ten sam w sobie nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, gorzej było z następstwami - przeprowadzką. Razem ze znajomym zniosłem z drugiego piętra i, po przewiezieniu samochodem, wniosłem na trzecie trzy regały (w nich najcięższe były szafy), kanapę, 2 fotele, 2 wersalki, tapczanopółkę, meble kuchenne i jeszcze dużo innych drobiazgów. Po drugim dniu noszenia czułem, jak znów od wewnątrz następują we mnie kolejne awarie. Meble nosiłem jednak pomimo wszystko i na pozór przeprowadzka przebiegała pomyślnie. 19 lutego zmarła moja mama, a 9 marca babcia. Organizacją pogrzebów zajmowałem się sam. Po tych wszystkich wydarzeniach musiałem zmniejszyć tempo i pracować spokojniej.
    W czerwcu zauważyłem gwałtowne pogorszenie się stanu zdrowia - wiedziałem, że jeszcze trochę i nie będę w stanie odpowiadać na grzecznościowe pytanie - jak się czujesz? - dziękuję świetnie. Minęły 4 lata - nabyłem już uprawnienia do renty inwalidzkiej - może spasować? Ale ja przecież dopiero wymyśliłem, co chciałbym w tym lesie zmienić. Może się uda jeszcze jakiś czas? Mijały kolejne dni i było coraz gorzej. Czułem się jak samochód będący ruiną, na którym ktoś położył nowy lakier. Wyglądałem całkiem nieźle, ale nie zawsze wszystko jest takie, jak wygląda. Gdy szedłem, po pewnym czasie zaczynałem widzieć podwójnie i wtedy zastanawiałem się czy to możliwe, żeby pójść nie tą drogą co trzeba - skoro widzę je dwie. Nigdy mi się to nie przytrafiło. Ogarniało mnie potworne zmęczenie. Ledwo stałem i zastanawiałem się, czy upadnę? Nigdy nie upadłem. W końcu sierpnia stan mojego zdrowia był już bardzo kiepski. Kiedy po dojściu do biura około 2 km - widziałem podwójnie przez pół godziny, doszedłem do wniosku, że nadszedł czas na leczenie szpitalne. Pamiętałem schemat leczenia, jaki przedstawiała mi w ogólnym zarysie lekarka z Instytutu Psychoneurologicznego. Zaszedłem do zastępcy nadleśniczego.
- Mam drobne przejściowe kłopoty ze zdrowiem, będę musiał przejść leczenie szpitalne trwające jakiś czas. Pojęcie "jakiś czas" było dla mnie synonimem określenia "jakieś dwa, trzy tygodnie", czyli bliżej niesprecyzowanego czasu, uzależnionego od potrzeb.
- No, ale co ci jest? Wyglądasz świetnie - powiedział szef.
- Choruję już kilka lat, a przebieg choroby wymaga co kilka lat pobytu w szpitalu - powiedziałem.
- Ale przecież nic ci nie jest, po co pójdziesz do szpitala?
- Niezupełnie jest tak, jak wygląda - czuję się nieco gorzej i dodatkowo widzę podwójnie.
- Wszystko? - zapytał z niepokojem.
- Wszystko - odpowiedziałem z pewną determinacją. - W pracy chwilowo na mnie nie można liczyć, ale jak wrócę, to się wszystkim zajmę - uspokajałem.
- Może po prostu potrzebne ci okulary? Spróbuj moje, może w okularach będziesz widział lepiej?
    Przymierzyłem te okulary, aby go uspokoić i powiedziałem, że dalej widzę podwójnie i nic się nie zmieniło, ale to jest stan przejściowy i z czasem minie...
- No, jeżeli widzisz podwójnie, to faktycznie musisz się leczyć - zakończył rozmowę.
    Zapisanie się do neurologa nie było prostą sprawą. Przyjmowano tylko 10 osób dziennie i nie można było się zapisać na jutro lub pojutrze, na określoną godzinę. Trzeba było stać w kolejce i jeżeli wystarczyło numerków, to się zapisywało, a jeżeli nie starczyło, nazajutrz można było zaczynać od początku. Z tych względów zalecaną regularność wizyt u neurologa sprowadziłem do jednej rocznie i wystarczało. Tym razem dopisało mi szczęście -udało mi się zapisać, bez większych trudności, za pierwszym podejściem.
- Dzień dobry - wszedłem do gabinetu.
- Dzień dobry - jak się pan czuje? - zapytała neurolog.
- Dziękuję, dobrze, z tym jednym małym mankamentem, że widzę podwójnie. Przy najmniejszym nawet wysiłku bardzo szybko się męczę i mam zawroty głowy.
- Muszę pana zbadać.
- Widzę, że stan pańskiego zdrowia nie jest najlepszy. Od kiedy występują te objawy, o których pan wspominał?
- Od kilku miesięcy, przy czym w ostatnim okresie w dość dużym tempie nasilają się.
- W tej sytuacji jestem zmuszona zaproponować panu kurację hormonalną w ramach leczenia szpitalnego, czy wyraża pan zgodę? - zapytała.
- Oczywiście, ile czasu to potrwa? - zapytałem.
- Około miesiąca - krótkie badania, wykluczające stany zapalne i kwalifikujące do kuracji, a potem kuracja.
- A rehabilitacja po kuracji? - zapytałem.
- To ustali się w trakcie leczenia - powiedziała i wypisała skierowanie do giżyckiego szpitala na oddział neurologiczny.
    Pobyt w szpitalu przebiegał tak, jak przewidywałem - powtórzono kurację dexamethasonem i przy końcu leczenia, zastosowano rehabilitację. W tym jednak wypadku inicjatywa rehabilitacji wychodziła ode mnie, a nie od lekarzy. Dla nich leczenie SM w szpitalu sprowadzało się do przeprowadzenia kuracji hormonalnej i zapewnienia działań osłonowych. Rehabilitacja to ewentualna, oddzielna sprawa, nie dotycząca już neurologa... W szpitalu przebywałem od 31.07.86 do 19.09.86 roku, a później byłem na miesięcznym zwolnieniu lekarskim. Nie ominęły mnie też rozmowy dotyczące powagi sytuacji w sprawie propozycji przejścia na rentę inwalidzką. W pracy natomiast - pełne znaków zapytania, dotyczących mojego zdrowia. Byłem w komfortowej sytuacji, bo mogłem jeszcze pracować. Z poczuciem niezależności i wolności wynikającym z możliwości przejścia na rentę inwalidzką rozmyślałem, czego chcę jeszcze dokonać w pracy. Nikomu niczego nie tłumaczyłem, ustaliłem z dyrekcją, że czuję się świetnie i dalej będę budował socjalizm pod jej kierownictwem i przy przewodniej sile. Zapisy do partii przestały być już tak modne jak poprzednio. Jej kręgosłup polityczny, który paczył się jak mokra deska, jakoś wywichnął się w ostatnim czasie i groził załamaniem.
    Wiosną zamierzałem wprowadzić na szerszą skalę jesienne wyjmowanie sadzonek z przechowywaniem przez zimę na otwartej powierzchni szkółki. Było to rozwiązanie w pełni nowatorskie, chociaż częściowo jego zastosowanie można było uzasadnić obowiązującymi w branży normami technicznymi. Gdy w październiku wróciłem do pracy i zamierzałem uintensywnić prace szkółkarskie, dowiedziałem się, że poziom kosztów jest bardzo wysoki i trzeba ograniczyć wszystkie prace, rezygnując z tych, które można przełożyć na wiosnę. Wtej sytuacji nie miałem wyboru. Nie zachodziłem do złapał mnie atak kolki nerkowej. Wylądowałem w szpitalu na 5 dni, od 19 do 24 sierpnia 1988. Zastosowano leczenie zachowawcze i niczego nie stwierdzono. Podawano jakieś kroplówki i atak minął. Jednego dnia kolor moczu był koloru kawy, ale nikt na to nie zwrócił szczególnej uwagi. Lekarze nie stwierdzili, co było przyczyną, a przebieg i wynik leczenia był dla nich taką samą zagadką jak dla mnie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że nie powinienem pracować fizycznie i muszę unikać stresu. Remont, który zacząłem - dokończyć musiała żona...
    W 1989 r. znalazłem dodatkową pracę w ośrodku wypoczynkowym jako leśnik. Razem z kolegą opracowywaliśmy 10-letni, perspektywiczny plan prac. Wyjaśnialiśmy dyrektorowi konieczność pilnego prowadzenia prac pielęgnacyjnych. Z uwagi na brak zainteresowania z jego strony jeden zabieg we fragmencie lasu wykonaliśmy osobiście siekierami. Zrobiliśmy to pokazowe, wprawiając w zdumienie dyrektora i pozostałych pracowników ośrodka. Zdawałem sobie jednak sprawę, że znów posunąłem się odrobinkę za daleko w stosunku do możliwości.
    Początek lata 1990 roku był męczący. W sierpniu znów widziałem podwójnie, miałem zawroty głowy, strasznie szybko się męczyłem. Po raz kolejny zaszła potrzeba przeprowadzenia leczenia szpitalnego. Podobnie jak poprzednio - neurolog, badania, skierowanie, szpital. Krótkie badania kwalifikujące do kuracji i kuracja hormonalna, tym razem ACTH. Już po pierwszej dobie kuracji lekarze neurolodzy w czasie obchodu wykazali duże zainteresowanie moim stanem zdrowia.
- Jak pan się czuje? - zapytał ordynator.
- Dziękuję, dobrze.
- Czy nastąpiła poprawa? - zapytała jedna z pań neurolog.
- O tak, znaczna.
- Chodzi się panu lepiej? - stwierdziła z nadzieją w głosie.
- Niezupełnie lepiej, trochę gorzej - nie wiedziałem, jak jej to wytłumaczyć.
- Więc na czym polega poprawa?
- Jest raczej natury ogólnej.
    Wszyscy pobiegli do następnego łóżka.
    Cóż można powiedzieć o tym, na czym polega poprawa, skoro nie można opowiedzieć o tym, co dzieje się w środku. Trudno to zrozumieć lub sobie wyobrazić, gdy się tego nie przeżyło. W chwili, gdy się czuje, że "zatrzymał się" rzut, a nogi ogarnia fala gorąca przesuwającego się do góry, wiadomo, że coś się zmienia. Z punktu widzenia lekarzy ja byłem elementem tworzącym statystykę, gdzie zastosowano środek przeciwzapalny. Wynik leczenia, na ogół dobry, mógłby być także negatywny mniej więcej według ustaleń - jak nie umrze, to żyć będzie... Dla mnie było to wydarzeniem o kapitalnym znaczeniu, prowadzącym do radykalnego, prowizorycznego remontu mojego organizmu, umożliwiającego mi dalsze funkcjonowanie we względnie dobrym stanie.
    Już nie podchodziłem emocjonalnie do mojego zdrowia. Te moje 7 lat dawno minęło i teraz już bez emocji, zupełnie na zimno liczyłem, analizowałem, zastanawiałem się. Czułem się jak zimna, licząca maszyna, którą stać na to, by wszystko postawić na jedną kartę bez obawy, że się postawiło na niewłaściwą. Codziennie w czasie obchodu słyszałem:
- Dzień dobry, jak się pan czuje?
l codziennie z uśmiechem, równie miłym, odpowiadałem:
- Dzień dobry, dziękuję, świetnie.
Zawsze miałem ponadto ochotę zapytać: "A pan, jak się pan czuje? Czy może się panu polepsza?”. Cóż można odpowiedzieć, gdy widzi się ogarniający wszystkich nastrój nerwowego pośpiechu i pomimo, że pytanie pozornie kierowane jest do mnie, myśli pytających są już przy następnym... Któregoś dnia podjąłem próbę sprecyzowania zamierzeń dotyczących leczenia.
- Przepraszam, panie doktorze, chciałbym się czegoś dowiedzieć na temat leczenia - zapytałem.
- No cóż, parę zastrzyków i do domu - odpowiedział.
- Obawiam się, że należałoby uprzednio jeszcze przeprowadzić rehabilitację, czy jest pan innego zdania? - zapytałem.
- No tak, ale to już zupełnie inna sprawa, za jakiś czas, na oddziale rehabilitacji...
- Po co odkładać to na kiedyś? Można zaraz po kuracji poprowadzić zabiegi przez dwa tygodnie i wypisać do domu.
- No, a jeżeli wystąpią jakieś komplikacje? - zapytał.
- Drobny ewentualny katar nie będzie przyczyną żadnych komplikacji, a do zapalenia płuc przecież nie dojdzie, jestem pod świetną opieką - skonstatowałem.
- Dobrze, spróbujemy - odpowiedział.
    Ta nasza rozmowa niewiele jednak zmieniła. Do standardowego: "Jak się pan czuje?"- doszło: "Kiedy do domu?" Po dwóch tygodniach leczenia, odpowiadając spytałem o rehabilitację. Spotkałem się z mało taktownym:
"My lepiej wiemy, co należy robić". W tej sytuacji rozmowa traciła sens i po kolejnym: "Kiedy do domu?" (a było to w poniedziałek) - odpowiedziałem, że w piątek. We wtorek przyszedł lekarz od rehabilitacji. W środę i czwartek chodziłem na zabiegi. W szpitalu przebywałem od 4 do 28.09.1990 r.
    Ważnym elementem leczenia, którego wcześniej nie brałem pod uwagę, był suchy masaż kończyn dolnych. Był on jednym z zabiegów, które zostały zlecone. Masażysta dodatkowo wprowadził do niego elementy akupresury, co sprawiało, iż zanikały patologiczne odruchy Babińskiego. To z kolei pozwoliło mi na nieco szersze spojrzenie na chorobę, W publikacjach, z jakimi się zetknąłem w związku z SM, byty także cytowane wypowiedzi nieżyjącego już Edgara Cayce. Najbardziej zasłynął on jako medium pomagające ludziom w rozwiązywaniu ich problemów. Był diagnostą, prorokiem i rzecznikiem nauki biblijnej. Dzięki zdolności postrzegania pozazmysłowego, miał możliwość obserwacji fizycznego, umysłowego i duchowego rozwoju duszy ludzkiej. Te możliwości duszy określała KARMA - uniwersalne prawo przyczynowo -skutkowe. Wśród wielu jego wypowiedzi były także i dotyczące osób chorych na SM. Za główną przyczynę choroby uznawał on brak synchronizacji między pracą gruczołów wewnętrznych a pracą układu nerwowego. Cayce zalecał chorym stosowanie: tzw. "mokrego ogniwa" (przepływu przez ciało słabego prądu elektrycznego), masażu, odpowiedniej diety, specjalnych zabiegów kręgarskich, utrzymanie właściwej postawy psychicznej. Rehabilitacja szpitalna, która wówczas była prowadzona (także zabiegi przepływu prądu), była bardzo podobna do zaleceń E. Caycea. To sprawiło, że po powrocie do domu kontynuowałem masaże i ćwiczenia. Do masażu stóp używałem urządzenia elektrycznego. Zanikające odruchy Babińskiego być może odzwierciedlały stan układu energetycznego. Być może obraz ukazywany na tęczówce oka umożliwia na podobnej zasadzie diagnozowanie stanu zdrowia. Zajmuje się tym irydologia. Jednak mało jest osób odwołujących się do możliwości płynących z tej nauki.
    Gdy podawano mi ACTH, czułem ogarniające mnie piekące gorąco, przy czym najgorzej było z nogami - nawet dotyk prześcieradła piekł, a dobowe zapotrzebowanie na sen wynosiło 2 godziny. Dodatkowo wystąpiły obrzęki i spowolnienie ruchów. Zmniejszenie dawki ACTH spowodowało gwałtowne "ochłodzenie" nóg i dziwną transformację mięśni ud tak, jakby częściowo na całym obwodzie upodobniły się one do gipsu. Wiedziałem, że lepiej nie będzie, ale "rozhuśtany" układ przysadkowe - nadnerczowy umożliwiał dość "ostry" trening w domu, przynajmniej przez miesiąc. Sądziłem, że uda mi się na dłużej to jakoś przeciągnąć. Dodatkowo codziennie robiłem masaże. Po paru miesiącach utrzymywałem równe tempo "treningu". Codziennie pół godziny masażu i pół godziny ćwiczeń. Brak było podstaw, by liczyć na służbę zdrowia - oni nie mogli już więcej dla mnie zrobić. W swojej pracy poruszali się tylko w obrębie zaakceptowanych i zatwierdzonych do stosowania schematów. W przypadku nieznanej etiologii choroby mogli oczekiwać, aż jakiś instytut naukowy, powołany do tego celu, kiedyś, coś wymyśli. Tu jednak problem był tak dokładnie zagmatwany, że nikt nie garnął się do wymyślania. W tej sytuacji musiałem sam sobie pomóc.
Nigdy nie zakładałem prowadzenia samochodu osobiście, a jego posiadanie nie było moją ambicją. Któregoś dnia zaszedłem do gabinetu kierownika transportu.
- Potrzebny mi na jutro samochód, muszę pojechać do szkółki - powiedziałem.
- Ciągle ci potrzebny samochód, zrób sobie prawo jazdy, to ci się jakiś przekaże i będziesz sobie jeździł - powiedział.
- Nie bardzo rozumiem, ty naprawdę myślisz, że ja mogę nie mieć prawa jazdy? Skoro ty zrobiłeś i jakoś udaje ci się jeździć, to chyba oczywiste, że ja mam już dawno zrobione prawo jazdy. - Powiedziałem tak, chociaż naprawdę to tak świetnie jak on jeździło mało osób. Byłem poirytowany i dodałem:
- Masz jakiś samochód dla mnie? Sporządzimy protokół przekazania i będę jeździł.
- Na razie nic nie mam - odpowiedział zaskoczony tym, co usłyszał - ale coś się pomyśli.
- To co z tym samochodem na jutro?... - zapytałem.
- Dobrze, dostaniesz.
    Mijały spokojnie kolejne dni, aż tu nagle wzywa mnie zastępca nadleśniczego.
- Dajemy ci pikapa (Fiat 125), jest bardzo zużyty, więc na początek możesz nim pojeździć, co ty na to?
- Dziękuję, zobaczymy jak będzie.
- Przygotuje się protokoły przekazania, może wykup parę lekcji w szkole jazdy - doradził.
- Zobaczę, myślę, że jakoś sobie poradzę.
    Byłem przerażony, nie mogłem uwierzyć, że sam będę jeździł. Jak się jednak wystarałem o samochód, to przecież nie mogłem się już wycofać. Szybko nauczyłem się jeździć i szło mi całkiem nieźle. Byłem dziesiątym kierowcą tego samochodu, a on sam też już miał swoje lata. Wymusiłem więc wymianę skrzyni biegów, naprawę hamulców, sprzęgła, wymianę zbiornika na paliwo i odstawiłem samochód do remontu kapitalnego silnika, zanim ten zdążył się zatrzeć. Wszystko trwało 4 miesiące. Kierownik transportu był pełen podziwu dla mojego wyczucia - przy popękanych tłokach gładź cylindrów nie była zarysowana. Po ukończeniu remontu kapitalnego silnika stan samochodu był świetny, tzn. tylko karoseria nie była w najlepszym stanie, ale moim zdaniem to nie było najważniejsze. Cieszyłem się, że dobrze będzie się jeździło. Skończyło się jednak na spekulacjach, gdyż w tamtym okresie (był rok 1991) wszystko było prywatyzowane. Tego grata musiałem już teraz kupić za ileś pieniędzy i używać do celów służbowych na odpowiednich zasadach. Ten pomysł nie wprawił mnie w zachwyt. Był on stary, dwuosobowy z budą i prywatnie nieprzydatny, do tego ta cena. Na zakup samochodu i tak nigdy nie było mnie stać. Napisałem więc podanie z prośbą o przesunięcie mnie na niższe stanowisko do biura, gdzie posiadanie samochodu nie jest warunkiem wykonywania pracy. Byłem biedny i nie mogłem sobie pozwolić na samochód w ogóle, a na to luksusowe cacko, zaproponowane mi, w szczególności. Dyrekcja nie zaakceptowała mojej prośby i po kilku miesiącach kupiła mi nowego Fiata 126p, którego miałem używać do celów służbowych, kupując go na zasadach leasingu. Początek jazdy tym autkiem wypadł zimą. Nie miało to jednak większego znaczenia w sytuacji, gdy miałem sam jeździć przez cały czas. Starałem się stosować do rad bardziej doświadczonych kierowców, sprowadzających się do stwierdzenia - musisz przewidywać. Ta sytuacja dawała mi poczucie niezależności i nie przemęczała dodatkowo.
    Wchodzenie w życie nowych kapitalistycznych zasad z totalnym krytykanctwem tego, co było, pociągnęło za sobą pewne zmiany. Moja żona przestała pracować i sam musiałem zacząć więcej zarabiać. Z uwagi na to, że w firmie, w której pracowałem, nikt nie zamierzał dać mi istotnej podwyżki, a pracy nie należało zmieniać, musiałem poszukać więc roboty na "drugiej zmianie" na zlecenie. Mogłem założyć las, dowolną zieleń lub prowadzić produkcję szkółkarską. Zbyt wielu zleceń nie było, ale jakoś wszystko toczyło się dalej.
    Kiedyś znajomy zaproponował mi udział w warsztatach dyskusyjnych. Regionalna, pozarządowa organizacja zaprosiła pracownika Fundacji Friedricha Eberta - pana Witolda Sartoriusa, aby je poprowadził. Celem zajęć było zbudowanie teoretycznego modelu rozwoju Warmii i Mazur. W trakcie dyskusji specjalistów różnych dziedzin (około 20 osób) ustalone zostały warunki oraz różne zależności, gwarantujące rozwój regionu w drodze logicznego porządkowania zdarzeń. Zbudowaliśmy piękny plan perspektywicznego rozwoju. Te zajęcia umożliwiły mi szersze spojrzenie na wiele spraw oraz uświadomiły, jak ważną rzeczą jest posiadanie pełnych informacji w jakiejś kwestii, by móc budować lub odtwarzać łańcuch przyczynowo-skutkowy. Gdyby zastosować w medycynie ten teoretyczny model warsztatów dyskusyjnych z udziałem specjalistów o odpowiednich wiadomościach, ustalenie warunków, przyczyn i samego przebiegu SM najprawdopodobniej byłoby możliwe w przeciągu bardzo krótkiego czasu. Przed medycyną otwierałyby się nowe możliwości. Być może realizacja pomysłu nie przyniosłaby spodziewanych efektów, ale żeby to wiedzieć, trzeba najpierw sprawdzić. Wyeliminowanie przekłamań, czego gwarancją byłaby odpowiednio różnorodna i liczna grupa fachowców, otworzyłoby nowe możliwości dla samego poznania i wnioskowania na podstawie zaistniałych faktów, a nie odczuć.
    W 1993 roku wziąłem o jedno zlecenie za dużo. Napięcie emocjonalne towarzyszące realizacji prowadzonych prac doprowadziło mój organizm do kolejnego zakrętu. Nic już nie pomagało. Ani masaże, ani ćwiczenia nie dawały żadnych pozytywnych efektów. Około pół roku wcześniej przestałem ćwiczyć, nic nie robiłem, teraz nie mogłem niczego zacząć. Zaczęły się prawdziwe kłopoty. Z tego, co można było wnioskować o kuracjach hormonalnych wynikało, że możliwości tego typu leczenia w odniesieniu do mojego przypadku już przeszły do historii. Nowego cudownego leku także nikt na razie nie wymyślił. Nie trzeba się było dłużej oszukiwać pozostawały: czary, magia lub szamaństwo, czyli coś z pozamaterialnego postrzegania rzeczywistości.
    Wszystkie zjawiska życiowe organizmu wymagają wydatkowania energii, której pierwotnym źródłem jest promieniowanie słoneczne. Energia i masa są składnikami materii i w pewnych warunkach mogą ulegać wzajemnym przemianom, co wyraża równanie Einsteina. Materia i energia są dwoma aspektami jednej rzeczywistości, wibracjami absolutu, stwarzającymi pozór ustawicznie zmieniającego się świata form. Wszystkie cząsteczki drgają, są w ciągłym ruchu. Różnica pomiędzy trzema stanami skupienia (stały, ciekły, gazowy) sprowadza się do stopnia swobody ruchu cząsteczek. Energia może istnieć w postaci ciepła, światła, energii elektrycznej, mechanicznej lub chemicznej, jako energia potencjalna lub kinetyczna. Żywe komórki zawierają skomplikowane i wydajne układy, przeprowadzające najrozmaitsze procesy przekształcania energii. Energia promieniowania słonecznego absorbowana podczas fotosyntezy jest przekształcana w energię chemiczną. Chemiczna energia substancji pokarmowych jest przemieniana w energię użyteczną biologicznie. Z kolei tę energię komórki wykorzystują do przeprowadzania procesów osmotycznych, elektrycznych i chemicznych oraz do wykonywania ruchów. W końcu energia ulega rozproszeniu w środowisku w postaci ciepła.
    Założenie, że idea jest pierwotna i jako taka ma wpływ na materię, pozwoliło mi wysnuć przypuszczenie, że zdrowy układ energetyczny odtworzy zerwane więzi i zależności układów koordynujących pracę organizmu (hormonalnego i nerwowego). To w konsekwencji powinno doprowadzić do jego samoregeneracji. Słyszałem, że leczeniem poprzez oddziaływanie na układ energetyczny zajmuje się medycyna wschodu. Znałem w bardzo ogólnym zarysie kilka technik leczniczych (homeopatia, akupresura, akupunktura). W Giżycku mogłem skorzystać z leczenia akupunkturą. Mieszkał tu lekarz, który zrobił specjalizację także z tego zakresu leczenia. Chorował on na SM dłużej ode mnie i istniały przesłanki pozwalające sądzić, że sam też musiał się w ten sposób leczyć.


O książce...
Podziękowanie
Dlaczego i jak powstała ta książka
Słowo od Konsultanta Medycznego
Rozdział I - Hipoteza przyczyn
Rozdział II - Studia
Rozdział III - Praca
Rozdział IV - Poszukiwania
Rozdział V - Uwierzyć w siebie
Bibliografia
© Simplex

Powrót do strony głównej serwisu Simplex