Rozdział II - Studia Pracowałem w Nadleśnictwie - jednostce organizacyjnej Lasów Państwowych w Giżycku.
Zajmowałem się zagospodarowaniem lasu i między innymi pełniłem nadzór nad produkcją szkółkarską. Szkółka gospodarcza to kilkuhektarowy ogród, gdzie z nasion hoduje się małe drzewka, które z czasem są sadzone w lesie i wyrastają na duże drzewa.
Jesienią 1993 roku byłem tam razem z zastępcą nadleśniczego, który co jakiś czas kontrolował przebieg prac. Obeszliśmy obiekt i zeszliśmy po schodach do namiotu znajdującego się w obniżeniu terenu. Po obejrzeniu prowadzonej tam produkcji - wyszliśmy.- Chyba musisz coś ze sobą zrobić - powiedział do mnie - Nienajlepiej jest z twoim zdrowiem...Gdy na pierwszym roku studiów (w 1977 - studiowałem leśnictwo na SGGW w Warszawie) przestałem widzieć na jedno oko, wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Było to na kolokwium zaliczeniowym z botaniki, podczas rozpoznawania preparatów pod mikroskopem. Ustawiłem lusterko, orientacyjnie śrubą makrometryczną uregulowałem wysokość soczewki i spojrzałem w okular - było czarno. Nie mogłem uwierzyć, że źle ustawiłem światło. Odsunąłem się od mikroskopu, spojrzałem na lusterko i nieznacznie je poprawiłem - musi być dobrze. Spojrzałem w okular - było czarno. Spojrzałem dość nerwowo drugim okiem i zobaczyłem trochę niewyraźny obraz preparatu. Ustawiłem ostrość śrubą mikrometryczną i zacząłem odpowiadać. Bałem się, że nie zaliczę kolokwium, ponieważ nie ustawię mikroskopu i pomimo przygotowania nie będę mógł w ogóle niczego powiedzieć. Gdy okazało się, że jednak mikroskop jest ustawiony dobrze, dotarło do mnie, że nie widzę na prawe oko.
- Tak, też o tym myślałem, ale nie ma zbyt dużych możliwości przeprowadzenia leczenia - odpowiedziałem.
- Może u nas już niczego się nie zrobi - powiedział - ale gdzieś w dużym mieście, w Warszawie, czy może za granicą są jakieś sposoby. Wszystko kosztuje, ale przecież trzeba próbować.
- Myślę - odparłem - że nigdzie nie ma lepszych warunków leczenia SM niż u nas w Giżycku i do tego, by się leczyć, nie potrzebne są aż "takie" pieniądze. Nie wszystko można kupić i nie za wszystko można zapłacić. Wkrótce coś zrobię, a na razie może być...
Zaraz po tym zdarzeniu zająłem się leczeniem i dzięki kuracji szpitalnej wszystko wróciło do normy. Lekarz neurolog powiedziała mi, że w przyszłości może okazać się, iż to nie było tylko pozagałkowe zapalenie nerwu wzrokowego, lecz coś bardziej skomplikowanego. Nie jest to regułą, powinienem jednak prowadzić higieniczny tryb życia, nie pić alkoholu, nie palić papierosów i nie przemęczać się... W ogóle się tym nie przejąłem - było, minęło. Nigdy, prawdę mówiąc, nie mogłem wypić zbyt dużych ilości alkoholu - o wiele gorzej niż koledzy znosiłem następny dzień. Organizm bronił się przed przytruciem i sam się blokował. Było mi nawet trochę głupio, gdy kolega, który w trakcie "imprezy" kończył pić wraz z utratą przytomności, wyrażał się z podziwem o tym, jak ja potrafię panować nad alkoholem. Nie musiałem nic robić poza poinformowaniem towarzystwa, iż na razie dziękuję.
Gorzej było z paleniem. Od szesnastego roku życia paliłem papierosy. Najpierw z filtrem, a później sporty i popularne, oczywiście bez filtra. Zawsze starałem się robić to, co robię, z wielkim zaangażowaniem, całym sobą. Kiedy cieszyłem się, to śmiały się wszystkie części ciała, gdy byłem smutny, płakały nawet włosy i paznokcie, a kiedy paliłem, to niknąłem rozmarzony w chmurze dymu i nic nie było w stanie wytłumaczyć mi, że nie trzeba palić.
W ramach zajęć wychowania fizycznego chodziłem na pływalnię i zajęcia sekcji żeglarskiej. Zamierzałem pływać. Byłem dość dobrze wysportowany. Miałem możliwość treningów i dalszego rozwoju w dziedzinie biegów sprinterskich. Pomimo jednak, iż trener lekkoatletyki klubu sportowego proponował mi treningi sprintu - 100 i 200 m, zbyłem go, miałem czas. W końcu roku akademickiego były jakieś międzyuczelniane zawody - pobiegłem na 100 m. Byłem drugi z czasem 11,8 s. Ten, który wygrał, trenował sprint już kilka lat. Znów pojawił się trener z propozycją treningów - zastanawiałem się.
W lutym 1979 r. zmarzłem w uda, jadąc w nieogrzewanym autobusie. Czułem, jak się we mnie coś rozrywa. Coś mi mówiło, iż zaraz stanie się to najgorsze. Było mi zimno, bałem się i jednocześnie z zainteresowaniem obserwowałem siebie. Kiedy wysiadłem z autobusu, szedłem, trochę biegłem, ale było to jakieś dziwne. W akademiku wskoczyłem pod gorący prysznic, ale tego zimna już niczym nie można było rozgrzać. Po jakimś czasie pozornie wszystko wróciło do normy, chociaż miałem wrażenie, że nie wszystko jest jak dawniej.
W czerwcu były międzywydziałowe zawody lekkoatletyczne. Kolega, który był organizatorem, zaproponował mi bieg na 100 metrów. Chciałem wygrać. Poprosiłem tylko, by załatwił mi buty do biegu. Byłem pewny wygranej, chociaż coś mi mówiło, że nie jest wcale tak kolorowo, jak się wydaje. Po starcie nie odskoczyłem od reszty. Przyspieszyłem, ale moje reakcje były bardzo powolne. Nie mogłem złapać tempa. Przyspieszyłem jeszcze bardziej i wpadłem na metę razem z ostatnim zawodnikiem. Bieganie było dla mnie czymś pięknym. Gdy mogłem gwałtownie przyspieszyć, czułem we włosach wiatr, czułem całego siebie. Po tym biegu nikt niczego nie musiał mi mówić. Wiedziałem, że to minęło bezpowrotnie. Kolega co prawda próbował pocieszać mnie, że może w przyszłym roku wypadnę lepiej, ale w tym wypadku tego typu rozważania wydały mi się śmieszne - ja już przestałem biegać... Gdyby nie te zmiany we mnie, to na tych zawodach nie miałbym przeciwników. Odpowiedziałem, że nie będę biegał. Wiedziałem, że znowu tylko dobrze się zapowiadałem i perspektywy, które miałem, minęły kolejny raz. Analogicznie zakończyła się moja kariera w klubie tańca towarzyskiego.
W listopadzie wracałem z Białowieży do Warszawy. Bywałem tam co jakiś czas, w przerwach między zajęciami, u żony i dziecka. Pociąg, którym jechałem, miał zepsute ogrzewanie, a dodatkowo w przedziale, w którym siedziałem, nie domykało się okno. Marzłem z każdą chwilą coraz bardziej, a podróż trwała 6 godzin. Najzimniej było mi w uda i brzuch. Miałem wrażenie, że jestem sztywny. Gdy trzeba było wysiadać, wstałem jednak i poszedłem. Byłem przerażony ogarniającym mnie zimnem. W akademiku szybko wziąłem gorący prysznic, lecz to absolutnie nie zmieniło mojego stanu. Popatrzyłem na swoje nogi i brzuch, niczego nienormalnego nie widziałem, ale niepokój, który mnie ogarniał, nie mijał. Po kilku dniach pojawił się opasujący ucisk na wysokości brzucha. Nie było to zbyt bolesne, lecz niepokojące. Ucisk nasilał się przy większej ilości wypalonych papierosów lub nawet po niewielkiej ilości alkoholu. Zaczynałem rozumieć już wtedy, jak bardzo te używki są szkodliwe. Zauważałem przykurcz, który powoduje nikotyna i przykre następstwa tej przyjemności. Organizm musiał być niedotleniony i z powodu niedokrwienia gorzej odżywiany. Patrząc zbyt płytko i powierzchownie na to, co się dzieje, wyciągamy mylne wnioski. Coś, co wydaje się logiczne na podstawie obserwowanych zdarzeń, przestaje być takim przy uwzględnieniu tego, co umknęło naszej uwadze. Nie wiedząc jednak o tym, że na ogół wszystko widzimy w świetle naszych pragnień, dążeń i upodobań, nie zauważamy wielu "krzyczących" informacji, a wrodzona próżność nie pozwala się przyznać do ewentualnych błędów.
Uczelniany lekarz na podstawie wywiadu i pobieżnego badania nabrał podejrzeń o uszkodzeniu kręgosłupa i ucisku splotów nerwowych przez kręgi, co uzewnętrzniło się tym opasującym uciskiem w okolicy brzucha. Po prześwietleniu stwierdzono skoliozę. Z uwagi na teoretyczne możliwości niekorzystnych zmian w stanie całego organizmu wywołanych skoliozą, lekarka postanowiła skierować mnie na zajęcia rehabilitacyjne, by wzmocnić moje mięśnie brzucha i grzbietu. Nie mogłem w pełni zrozumieć przesłanek, którymi się kierowała, więc jedynie umówiłem się, że wkrótce wpadnę po skierowanie i z wielkim zaangażowaniem rozpocznę zajęcia rehabilitacyjne.
W ramach zajęć wychowania fizycznego, po zrezygnowaniu z pływania, tańczyłem w zespole tańca nowoczesnego. Poznałem już układy i wkrótce miałem brać udział w występach. Coraz bardziej jednak traciłem sprawność fizyczną, miewałem zawroty głowy, szybciej się męczyłem. Dlatego też przestałem tańczyć taniec nowoczesny, zanim go dobrze zacząłem. Już po trzecim piruecie traciłem równowagę. Nie wyjaśniałem nikomu niczego, tylko od nowego semestru zacząłem chodzić na normalne zajęcia wychowania fizycznego tak, by zaliczyć przedmiot. Studia były czymś bardzo przyjemnym, a naukę starałem się traktować poważnie. Gruntownie poznawałem leśnictwo, zastanawiając się nad możliwością pracy po studiach. Z całą pewnością nie mogłem już być leśniczym. Na piątym roku podczas praktyk terenowych z urządzania lasu i geodezji moja lewa stopa po przejściu 200 metrów robiła się bezwładna. Wcale to nie bolało, lecz szedłem tak, jak z protezą, a wszyscy, którzy mnie widzieli, starali się współczuć i byli szczerze zmartwieni nieszczęściem, które mnie spotkało. Osobiście nie widziałem w tym niczego szczególnie tragicznego. Ustępowano mi miejsca, a obiad w okienku kuchennym odbierałem bez kolejki przy czym kucharki, dorzucając coś od siebie - nakładały więcej. Bezwład stopy mijał po krótkim odpoczynku w pozycji horyzontalnej z uniesionymi wyżej stopami. W tej sytuacji po powrocie z lasu do bursy odpoczywałem i obiecywałem sobie pójście do lekarza zaraz po praktykach. Doszedłem nawet do wniosku, że będę korzystał z rehabilitacji, jak otrzymam skierowanie.
Uczelniana lekarka utwierdziła się w przekonaniu o uszkodzeniu kręgosłupa i ustaliliśmy konieczność chodzenia na zajęcia korekcyjne. Mięśnie grzbietu i brzucha nie były w najgorszym stanie i obowiązkowe ćwiczenia wykonywałem bez większych kłopotów. Szwankowała natomiast koordynacja pracy obu nóg. Po 10 zajęciach doszedłem do wniosku, że ten trening nie ma sensu i perspektyw. Perspektywą było wojsko - 12 miesięcy po studiach, przy mojej, jak do tej pory, kategorii A. Nie to, żebym miał coś przeciwko służbie wojskowej - po pięciu latach mieszkania w internacie i pięciu - w akademiku, rok w koszarach niczego nie zmieniał, ani też nie był żadnym problemem. Problemem natomiast zaczęło się robić przejście przez ulicę na zielonym świetle. Czynność ta nie powinna sprawiać kłopotu staruszkom, dla których pewnie był wyliczony czas palenia się zielonego światła. Ja ledwie mogłem zdążyć w tym czasie, prawie na każdym przejściu ze światłami. Zbliżający się koniec studiów, wojsko, praca, mieszkanie, żona i dziecko to nadchodzące zdarzenia, które trzeba było jakoś pogodzić i poukładać. Mój faktyczny stan zdrowia wykluczał możliwość służby wojskowej.
Sygnalizacja świetlna na przejściach przez ulicę dopełniła zbierające się wątpliwości. Poszedłem do lekarza, powiedziałem, jak się poruszam i w związku z tym poprosiłem o skierowanie na wojskową komisję lekarską.- Co panu dolega? - zapytała lekarka.Zabrałem skierowanie i udałem się poznawać siebie pod względem stanu
- Pojęcia nie mam, ale wiem, że po studiach mam iść do wojska, a nie mogę chodzić, szybko się męczę i ogólnie nie kwalifikuję się w szeregi - wyjaśniłem.
- No dobrze, ale ja coś muszę napisać na tym skierowaniu - powiedziała.
- Dobrze, wobec tego niech pani napisze.
- Ale co?
- Nie robi mi to różnicy, proponuję napisać coś w miarę możliwości sensownego, coś, co się w tego typu sytuacjach pisze.
- Dobrze, ale muszę napisać konkretną, poważną chorobę i nie wiem jaką.
- To może niech pani napisze dyskopatia - chyba wystarczająco poważny powód, by kierować na komisję wojskową?
- A co, wypada panu dysk? - zapytała z nadzieją w głosie i błyskiem plitowania w oczach.
- Skąd, wszystkie dyski mam w porządku, sama pani mówiła, że trzeba coś napisać.
-Ale oni przecież zobaczą, że nie ma pan dyskopatii - stwierdziła przygnębiona.
- To tylko dobrze o nich świadczy, tam przecież ma być 10 fachowców różnych specjalności. Może przy okazji ustalą, co mi jest i jak się powinienem leczyć - dodałem.
- No dobrze. Po komisji niech pan koniecznie do mnie przyjdzie, ustalimy co dalej.
- Jasne, do miłego zobaczenia.
zdrowia.
Z miejsca, gdzie odbywały się wojskowe komisje lekarskie, otrzymałem skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa. Moje zapewnienia o posiadaniu aktualnych zdjęć zbyto beznamiętnym wzruszeniem ramion. Pewnie chcieli zobaczyć ten wypadający dysk na zdjęciach robionych pod kontrolą.
Podejrzewali mnie o próby matactwa i tworzenia iluzji w celu uchylenia się od służby wojskowej. Doskonale wiedziałem, że nie można zobaczyć tego, czego nie ma. Chyba, że się bardzo chce i długo na coś patrzy, wówczas widzi się nie to, co jest, lecz to, co się chce zobaczyć. Mój kręgosłup nie był jednak taki zły i nawet przy dużych staraniach nie można było zobaczyć wypadającego dysku. Podjąłem próby uniknięcia powtórnego prześwietlania z uwagi na jego niekorzystny wpływ na stan i tak już nienajlepszego zdrowia. Sugerowałem, że istnieją przesłanki pozwalające sądzić, że po kolejnych zdjęciach mogę zacząć świecić nocą jak robaczek świętojański. Nic ich jednak nie przekonywało. W tej sytuacji dalsze prowadzenie rozmowy uznałem za bezcelową i niepotrzebną stratę czasu - widać było, że ci ludzie sami niczego nie rozumieją, a wytłumaczyć sobie nie dadzą.
Ze zdjęciami zgłosiłem się w wyznaczonym terminie, w umówionym miejscu. Nikt mnie o nic nie pytał. Szybko pobrano mi krew do badań i wydano butelkę na mocz, który zaraz miałem przynieść. Gdy usiłowałem coś powiedzieć, ponaglono, bym się nie zastanawiał, tylko udał w wiadome miejsce, bo tu wszyscy pracują i nikt nie ma czasu na głupie dyskusje. Pomyślałem sobie - no cóż, jak trzeba, to się zrobi. Gdy po jakimś czasie oddałem butelkę, dostałem kartę obiegową. Nazwa - obiegowa - w stosunku do tej karty była czymś jak najbardziej właściwym. Wszyscy biegali jak w transie od jednego pokoju do drugiego - internista, dermatolog, okulista, stomatolog, chirurg, neurolog i może jeszcze ktoś. Specjaliści po pobieżnym obejrzeniu mnie stwierdzali - zdrowy. Stomatolog przyjmował grupami po pięciu. Wszyscy stawali w rządku i otwierali szeroko usta. Ten, idąc, zaglądał do środka i mówił: "Zdrowy, zdrowy, zdrowy". Przypomniało mi się wtedy, jak ktoś opowiadał o małym ośrodku zdrowia, gdzie lekarz, gdy było bardzo dużo pacjentów w poczekalni, wyszedł do nich z pielęgniarką, kazał ustawić się w koło i otworzyć usta. Pielęgniarka miała dwa pojemniki - jeden ze sterylnymi szpatułkami, a drugi na używane. Lekarz brał za każdym razem szpatułkę, zaglądał w gardło i mówił: "Solą płukać, solą płukać, solą płukać...". W jednym wypadku, gdy pacjent tłumaczył, że płucze od tygodnia i nie pomaga - dodał: "W takim razie zwiększyć stężenie i uintensywnić". Po dziesięciu minutach pracy mogli spokojnie, przy pustej poczekalni, napić się kawy.
Gdy został mi do odbiegania tylko chirurg i neurolog, moje przekonanie o wręcz fantastycznym stanie zdrowia zaczynało nabierać realnych kształtów. Problemy z chodzeniem i inne bladły i odsuwały się na dalszy plan. Chirurg obejrzał zdjęcia:- Ma pan lewostronną skoliozę kręgosłupa ze skręceniem wzdłuż osi podłużnej, ale trzech na pięciu w Polsce ma kręgosłup w gorszym stanie niż pan - powiedział - Tego nawet nie trzeba leczyć, nic panu nie dolega.No cóż, zawiodłem się na nim. Jeżeli neurolog też nie dojdzie do żadnych wniosków, to znaczy, że jestem symulantem. Pełen obaw wszedłem do gabinetu neurologa. Neurolog prowadził typowe badania i z pewnością dochodził do jakichś wniosków. W pewnym momencie, sprawdzając odruch Babińskiego, przejechał czymś po stopie. Miałem wrażenie, że cały uniosłem się nad leżanką, na której leżałem, a oczy neurologa zaczęły się robić takie duże jak spodki.
- A co z moim chodzeniem? - zapytałem.
- Nie wiem, nie ma ono związku ze stanem kręgosłupa i to właśnie miałem stwierdzić - odparł.- Jest pan poważnie chory, czy pan się leczy? - zapytał.Pani neurolog, do której się udałem, przeprowadziła badania, a następnie zaleciła kurację hormonalną enkortonem. Krótkie, dwutygodniowe leczenie nie spowodowało zbyt dużych zmian. Tego pewnie się spodziewała, bo wypisała mi skierowanie do szpitala na badania szczegółowe i konieczne leczenie. Moim szpitalem rejonowym był Instytut Psychoneurologiczny. Nie mogłem lepiej trafić. Miałem gwarancję profesjonalnego podejścia i najlepszej opieki. Kiedy się tam udałem, by zorientować się w kwestii leczenia oraz jak się to ma do mojego kończenia studiów, obrony pracy magisterskiej itd., dowiedziałem się, że przy przyjmowaniu do szpitala jest kolejka, wynikająca z większej ilości skierowań niż istniejące możliwości leczenia. Ta sytuacja była korzystna. Orientacyjny czas oczekiwania (około 4 miesięcy) umożliwiał mi ukończenie studiów i obronę pracy magisterskiej około 1 kwietnia. Termin rozpoczęcia pracy zawodowej zarysowywał się na 1 lipca. Pozostawało tylko uzgodnienie z przyszłym pracodawcą, który był fundatorem mojego stypendium, przesunięcia terminu rozpoczęcia pracy z powodu leczenia. Wszystko pozałatwiałem pozytywnie i zająłem się kończeniem studiów.
- Usiłuję - odpowiedziałem. - Teraz przynajmniej wiem, w jakiej poradni należałoby zacząć - powiedziałem.
- Rozumiem pana sytuację, ale ja tylko stwierdzam stan zdrowia i nie prowadzę leczenia. Powinien pan leczyć się w lecznictwie cywilnym, tzn. rozpocząć leczenie w specjalistycznej przychodni neurologicznej na podstawie skierowania od lekarza uczelnianego. Uczelniana lekarka ucieszyła się, widząc mnie wchodzącego do jej gabinetu.
- l jak było na komisji - zapytała - czy coś stwierdzono?
- Ortopeda nie miał nic do powiedzenia ponad to, co już było ustalone, ale neurolog stwierdził potrzebę szybkiego rozpoczęcia leczenia w poradni specjalistycznej.
- Jakie badania przeprowadził? Opowiedziałem przebieg badań.
- To może być sclerosis multiplex - powiedziała zamyślona.
- Co takiego? - nie zrozumiałem jej wypowiedzi.
- Niekoniecznie, tak tylko myślę - zrobiła unik.
- Dam panu skierowanie i niech pan jak najszybciej tam pójdzie... l proszę pana, niech pan o nic nie pyta i robi to, co powie neurolog. Podziękowałem za skierowanie i wyszedłem. W holu spotkałem kolegów z roku.
- l jak, wszystko w porządku ? - zapytał Krzyś.
-Jasne, jest świetnie, mam skierowanie do neurologa. Nie mogę tylko zrozumieć, o co chodziło naszej lekarce, gdy mi tłumaczyła, żebym robił to, co mi neurolog każe i o nic nie pytał.
- To proste - odparł Krzyś. - Jeżeli powie ci na wstępie "Pisz pan testament", to masz się nie zastanawiać głupio po co, tylko szybciutko pisać - zażartował.
Drugiego kwietnia 1982 roku broniłem pracę magisterską. Potem był bal, który organizowałem razem z kolegą. Całonocna impreza u niego w domu była nielegalna z uwagi na zakaz gromadzenia się, spożywania alkoholu i godzinę milicyjną w nocy (13.XII.1981 roku w Polsce wprowadzono stan wojenny). Nikt się jednak tym specjalnie nie przejął. Wszyscy rozumieli, że trzeba dojechać na miejsce imprezy przed godziną milicyjną oraz wyjść po niej. Poza tym zabawa miała być i była taka dobra jak wszystkie inne, bez względu na to, co się działo za oknem. Następnego dnia trzeba było szybciutko ustalić co dalej. Był już sprecyzowany czas rozpoczęcia leczenia, więc uzgodniłem z przyszłym pracodawcą wstępny termin rozpoczęcia pracy i po świętach Wielkanocnych, 14 kwietnia, zjawiłem się w szpitalu.
Wyraziłem zgodę na konieczne badania, o których nie miałem żadnego pojęcia i zostałem. Lekarz prowadzący przeprowadził wywiad, między innymi robiąc notatki dotyczące przebytych chorób. Wszelkie informacje porządkował w sobie znany sposób na te, które mogły mieć związek z ewentualną chorobą i pozostałe, nieistotne. Teraz, gdy patrzę z perspektywy, widzę pewne zależności, których wtedy nikt nie dostrzegał. Kwiecień 1976 r. - uraz głowy, wstrząs mózgu, krótka rekonwalescencja. W trakcie ferii wielkanocnych "wyskoczyłem" do kolegi, który mieszkał kilka kilometrów od Giżycka, pooglądać, motyle (uczyliśmy się w technikum leśnym). Jakiś film w telewizji zatrzymał nas w domu trochę dłużej.- Nie musisz się śpieszyć, odwiozę cię do pociągu motorem - powiedział kolega.Z całej jazdy pamiętam, jak ruszyliśmy, potem on wrzucił drugi bieg i trzeci...
- To mamy jeszcze 10 minut - odpowiedziałem. Po 10 minutach wsiedliśmy na motor.
- A kaski? - zapytałem.
- Niepotrzebne, to blisko.
Ktoś przeciągnął przez drogę metalową linkę (dobrze, że nisko). Przednie koło zaplątało się i "zerwało" motor w prawo, zatrzymując go. Polecieliśmy dalej. Na trasie naszego lotu stał słup telegraficzny w kształcie odwróconej litery V. On trafił pomiędzy ramiona, ja zostałem z rozbitą głową na lewej belce. Kolega pierwszy odzyskał przytomność. Wstał i nie bardzo wiedział, gdzie jest. Zobaczył światło reflektora, podszedł do motocykla, podniósł go i wtedy zobaczył mnie przy słupie. Odłożył motor i pomógł mi wstać. Założył sobie na szyję moją rękę i zaczęliśmy iść. W ogóle niczego nie kojarzyłem, on też chyba nie bardzo wiedział, dokąd właściwie idziemy. Później ustalił, że trzeba się udać do domu. Po niedługim błądzeniu udało nam się trafić. Weszliśmy w drzwi: "Jezu! Kto was tak pobił, co się stało?" - zawołała jego mama. Musieliśmy wyglądać nieszczególnie. Nic nie mówiłem, chyba nie mogłem, czułem tylko taki wewnętrzny spokój, że na razie wszystko jest dobrze. Piotruś coś wyjaśniał, jąkając się - chyba obaj byliśmy w szoku. Jego mama zrobiła nam gorącej słodkiej herbaty, pobieżnie oceniła nasz stan i przyjęła pewien tok postępowania - mnie do szpitala (byłem w gorszym stanie), Piotrusia - do wanny i coś na uspokojenie. Następnie wezwała karetkę pogotowia z Giżycka. W ten sposób odpadł problem z dostaniem się do domu.
Brak dystansu do tego, co się dzieje, powoduje gubienie rzeczy ważnych i wypacza spojrzenie na rzeczywistość, dostosowując ją do subiektywnych odczuć obserwującego. Lekarz, który mnie badał w szpitalu, koncentrował się, na podstawie mojego wyglądu, na ustaleniu składu płynów, które spożyłem, zanim mnie tam dowieziono. Powtarzał w kółko: "Co piłeś, co piłeś?". Nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi, a gdy wreszcie zrozumiałem sens pytania, uśmiechnąłem się i powiedziałem trochę bełkocząc: "Herbatkę". Pomyślał, że kpię, bo dalej rozmawiał już sam ze sobą, mamrocząc coś niewyraźnie: "Krótkie leczenie wspomagające i do domu, będzie dobrze, następny". Ja wiem, że organizm ludzki to wspaniała fabryka samo-naprawcza i samoregenerująca się. Coś naprawdę potężnego i cudownego, o szalonych możliwościach, oczywiście, jeżeli nie uda nam się ich skutecznie popsuć. Ten wypadek nie był drobiazgiem, był bardzo ważnym wydarzeniem dla organizmu, będącego w okresie przełomu hormonalnego. Już w listopadzie 1976 roku, pod wpływem przeżyć emocjonalnych, ogarnął mnie bezwład. Z powodu bardzo silnych zawrotów głowy, przy próbie wstania (nie mogłem nawet usiąść) zostałem zabrany do szpitala. Tam, nie wiążąc tego zdarzenia z niczym, stwierdzono tajemniczą chorobę zakaźną. Czasami błędna interpretacja jakiegoś zdarzenia uniemożliwia poznanie prawdy.
Jedno przekłamanie w postępowaniu dowodowym, na dowolnym etapie rozważań, przekreśla cały budowany ciąg. Zaburzenia hormonalne - neurologiczne, które wystąpiły, w ogóle nie były zauważone. Gdy wypisywano mnie ze szpitala, nikt nie znał powodów mojej niedyspozycji zdrowotnej. Dopiero pozagałkowe zapalenie nerwu wzrokowego z grudnia 1977 roku zostało postrzeżone jako początek nowej choroby. Pobyt w Instytucie Psychoneurologicznym był zdarzeniem całkiem sympatycznym poza przyczyną, która go wymusiła. Miałem czas na zastanowienie się nad tym co dalej, spojrzenie na organizm człowieka nieco "z poza siebie", odpoczynek i porobienie jakichś planów na jutro.
Życie człowieka jest drogą, którą trzeba przejść. Nie żyje się tak po prostu albo zwyczajnie. Wszystko, co dostaliśmy do przeżycia, jest na swój sposób interesujące, ciekawe, a nowe sytuacje wymuszają jakiś typ zachowań i działań. Czasami mówi się: ja w tej sytuacji zrobiłbym to, czy tamto, ja na jego miejscu zachowałbym się inaczej. Myślę, że nikt tak naprawdę nie wie, co zrobiłby, gdyby znalazł się w takiej czy innej sytuacji. Dlatego też nie należy dokonywać żadnych ocen, wartościując zdarzenia jako dobre czy złe. Jedynie odnotować jako zaistniałe fakty, które można było zobaczyć. Wiele osób zastanawia się nad sensem życia, mówiąc czasem - cóż ono jest warte? Każde życie jest piękne i jest darem. Nie czymś takim, czego możemy dowolnie używać, lecz celem, który powinniśmy zrealizować. Jeżeli nie kończy się na Ziemi, a trwa dalej w innym wymiarze, to istnieją przesłanki pozwalające sądzić, że trwało też wcześniej. Jeżeli ziemskie jest mgnieniem przy całości życia, to żadne zdarzenie nie jest wystarczająco smutne lub radosne, by zbyt długo je rozpatrywać i popadać w konflikt z sobą lub otoczeniem. Wszystko dzieje się w jakimś celu i wszystko jest potrzebne. My jedynie możemy nie wszystko rozumieć. Ludziom wierzącym łatwo jest zaufać w sens i potrzebę takich lub innych zdarzeń, a wiara pozwala patrzeć z ufnością w przyszłość. Nawet wtedy, gdy się słyszy: nie licz na to, że jutro będzie lepiej, lepsze jutro było wczoraj, pozostaje nadzieja, że nawet jeżeli jutro będzie gorzej, to pojutrze będzie musiało być lepiej. Za chorobę lub zdrowie odpowiedzialny jest umysł. Choroba nie jest czymś obcym, co na nas napadło i zmusza do jakiejś walki. Jest częścią nas samych, drogą indywidualnego rozwoju, filozofią. Nie można walczyć z samym sobą, szukając cudownego leku, który może ktoś wymyśli. Wyzdrowienie nie jest tym samym co leczenie. Jest ono dokonaniem właściwych wyborów w kwestiach dotyczących hierarchii wartości, co umożliwia wyzbycie się choroby.
W szpitalu na sąsiednim łóżku leżał pacjent, który nie mógł chodzić, trząsł się i miał zaburzenia mowy. Analizując swój stan zdrowia mówił: "Jeszcze rok temu byłem w takim stanie jak ty. Sam zobaczysz za rok w jakim będziesz stanie...". On miał 32 lata, ja 25. Zadawałem sobie pytanie: "A gdzie te moje 7 lat?". 7 lat było dla mnie wiecznością, tak bardzo chciałem je przed sobą mieć we względnie dobrym stanie. Teraz łatwiej mi na wszystko patrzeć z dystansem, każdy kiedyś przecież musi umrzeć. Jednak, jak się zauważa, każdy, kto dowiaduje się o kiepskim stanie zdrowia, jest tym faktem zaskoczony i wpada w nastrój przygnębienia. Jest to na szczęście stan przejściowy. Mieszkałem z tym pacjentem tylko miesiąc, więc nadmiernie długo nie musiałem słuchać, jak będę wyglądał za rok. Nie była to najszczęśliwsza perspektywa i nie miałem ochoty jej zbytnio roztrząsać. Po koniecznych badaniach, prowadząca mnie lekarka rozpoczęła kurację hormonalną dexamethasonem. Przy jej końcu zacząłem rehabilitację, stosując zestaw ćwiczeń zmierzających do poprawy stanu nieprawidłowo funkcjonujących mięśni. Ćwiczenia poprzedzone były oceną tego stanu. Po 63 dniach pobytu w szpitalu leczenie można było uznać za zakończone.- Potrzebne mi będzie, przy okazji wypisu, zaświadczenie o dobrym stanie zdrowia, umożliwiającym pracę zawodową - powiedziałem lekarce.Zbliżał się czas rozpoczęcia pracy zawodowej, minęła połowa czerwca. Odwiedziłem fundatora mojego stypendium i uzgodniłem rozpoczęcie kariery zawodowej w Nadleśnictwie Giżycko od 1 lipca 1982 r.
- Na czym ma polegać pana praca? - zapytała.
-Jestem leśnikiem, będę zajmował się lasem.
- Nie będzie mógł pan chodzić zbyt dużo po lesie.
- Niech się pani nie martwi - w tej sytuacji nie zostanę leśniczym, popracuję w biurze, a potem zostanę nadleśniczym terenowym.
- A co z chodzeniem? - zapytała.
- Trochę będę chodził, a więcej jeździł.
- Nie będzie mógł pan prowadzić samochodu.
- W takim razie będę musiał mieć samochód z kierowcą.
- Dobrze, napiszę panu to zaświadczenie, może nikt go nie potraktuje jako błąd w sztuce.
- Dziękuję. Jeszcze jedno - ile właściwie wakacji mógłbym sobie zrobić?
- No cóż, w pana sytuacji proponowałabym rozpoczęcie pracy jak najszybciej, stan pańskiego zdrowia raczej nie będzie ulegał poprawie i pracę zawodową należałoby rozpocząć możliwie szybko...
- Żeby zdążyć odpracować tyle, ile trzeba do renty - dokończyłem rozpoczętą przez nią wypowiedź.
- Niekoniecznie - odpowiedziała - różnie może być. O SM nic do końca nie wiadomo. Ta choroba ma indywidualny przebieg, chociaż można się spodziewać na podstawie historii choroby, w pana przypadku, pogorszenia stanu zdrowia za kilka lat lub przebiegu choroby z pogorszeniami - rzutami co 4-5 lat.
- l co wtedy? Jakie może być leczenie?
- Można powtórzyć dexamethason, a za następne kilka lat przeprowadzić kurację ACTH - powiedziała.
- Rozumiem, że za kolejne kilka lat można też będzie powtórzyć ACTH? - zapytałem.
- Raczej nie, to teoretycznie nie powinno już dać pozytywnych efektów, ale niech się pan nie martwi. Do tego czasu może już ktoś wymyśli jakiś lek -pocieszyła mnie.
- Czyli jakieś 12 lat przede mną, a potem się zobaczy - podsumowałem i niech mi pani powie coś więcej o przyczynach, jeśli można prosić.
- Etiologia jest nieznana, lecz myślę, że ktoś kiedyś ustali przyczyny i przebieg choroby. Ja życzę panu wszystkiego najlepszego.
- Dziękuję pani, udanej pracy.