Nadzieja - numer 37 (3/1999)
Listy * Listy * Listy * Listy * Listy

Moje rekolekcje

    O rekolekcjach w Magdalence słyszałam już dawno ale ciągle miałam jakiś powód, dla którego nie mogłam w nich uczestniczyć. Może zresztą po prostu nie dojrzałam jeszcze do takiej decyzji.
    Tym razem zdecydowałam się i na pewno nie żałuję, chociaż w pierwszej chwili gdy zorientowałam się, że budynek jest nieprzystosowany do stałego pobytu osób na wózkach, trochę się przestraszyłam. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież były opiekunki - młode, sympatyczne, zawsze uśmiechnięte i gotowe w każdej chwili do pomocy. Jedzenie i spanie mieliśmy oczywiście zapewnione, można więc było w całości poświęcić się głównemu celowi naszego przyjazdu do Magdalenki. Część osób była już tu kilkakrotnie, wspominaliśmy tych, którzy tym razem nie przyjechali. Atmosfera była serdeczna i ciepła.
Później, stopniowo, rozmowy na tematy świeckie ograniczamy do niezbędnego minimum. Codzienne msze, wspólne modlitwy, medytacje pozwalają oderwać się myślami od spraw pospolitych i zastanowić się nad celem naszego życia, obecnością w nim Boga, naszymi relacjami z Bogiem, innymi ludźmi, a także ze sobą.
    Pogoda nam sprzyja i umożliwia stałe obcowanie z przyrodą. Siedząc na polanie przed naszym domem lub spacerując po lesie podziwiam dzieło Stwórcy, analizuję swoje dotychczasowe życie i robię rachunek sumienia. Spowiedź odbyta w formie rozmowy z księdzem jest ukoronowaniem moich rekolekcji.
    Wielkim przeżyciem w czasie tych właśnie rekolekcji jest dla nas wszystkich obecność Joanny - zdrowej, pogodnej, skromnej i jej opowieść o tym, jak pewnego dnia podczas odprawianej w jej intencji nowenny, po prostu wstała, po wiele lat trwającej chorobie uniemożliwiającej poruszanie.
 

Anna

Góry

    Moja opowieść zaczyna się dawno, miałam wtedy kilkanaście lat i często wyjeżdżałam z Tatą do Zakopanego. Przeszliśmy większość tatrzańskich szlaków, nawet te bardzo trudne. Byłam zachwycona górami i atmosferą, która panowała na szlaku. To był początek mojej miłości do gór.
    Ze smutkiem myślałam, że choroba uniemożliwi albo bardzo utrudni mi zdobywanie nowych szczytów. Przekonałam się, że tak być nie musi, niech świadczy o tym ta historia.
    Pojechaliśmy z mężem samochodem do Karpacza. Od razu pomyśleliśmy, że trzeba jakoś wjechać na Śnieżkę. Wiedzieliśmy, że muszą tam docierać dwa samochody: do barku i do stacji meteorologicznej. Na zawiezienie na szczyt udało się nam namówić szalenie miłego pana, który dowoził prowiant do barku. Pojechaliśmy mocno wysłużonym radzieckim Gazikiem. W połowie drogi na szczyt musieliśmy się zatrzymać, bo zagotowała się woda w chłodnicy. Trzeba ją było spuścić i nalać nowej ze strumyka.
    Po zobaczeniu tego problematycznej urody budynku na szczycie Śnieżki nie mogliśmy niestety podziwiać widoków, bo padało i widać było najwyżej na dwa kroki, co też jest niesamowitym przeżyciem. Gdy mieliśmy już zjeżdżać nasz sympatyczny kierowca zaproponował, że pokaże nam prawdziwe górskie schronisko kawałek pod szczytem nad małym jeziorkiem. Rzeczywiście było urocze. Spędziliśmy tam kilka minut i robiliśmy zdjęcia. Byłam szczęśliwa i wzruszona, że bywają tak sympatyczni ludzie.
    Prawdziwie górską wyprawą było też dojście nad wodospad Szklarka. Podjechaliśmy samochodem wzdłuż szlaku, trochę nie zwracając uwagi na zakazy. Dalszą drogę trzeba było odbyć na wózku. Oczywiście dotarcie do wodospadu głównie zawdzięczam uporowi męża, ale na całej drodze bardzo wielu ludzi było gotowych do pomocy. Piękno tego miejsca wynagradzało wszelkie trudy.
    Potem przenieśliśmy się do Czech. Tam górskie wyprawy są jeszcze łatwiejsze, bo wiele asfaltowych dróg dociera do wysoko położonych schronisk. Na pierwszą górę, której nazwy niestety nie mogę sobie przypomnieć dotarliśmy po uprzednim załatwieniu pozwolenia w czeskim odpowiedniku Tatrzańskiego Parku Narodowego. Pamiętam, że było ono położone prawie na granicy. Obok ogromnego, okazałego schroniska czeskiego, prawie hotelu, stało nieużywane, trochę zaniedbane polskie.
    Na następną wyprawę, znowu trochę nieformalnie, pozwolenie daliśmy sobie sami. Szczyt nazywał się Wrbatka. Zamiast schroniska była tam, zresztą chwilowo zamknięta, budka, gdzie można było kupić coś słodkiego. No i oczywiście nasz samochód był tam jedynym pojazdem mechanicznym. Z dużym zdziwieniem stwierdziliśmy, że na długim odcinku grani jest położona asfaltowa droga. Przy pomocy wózka wybraliśmy się na wspaniały spacer. Pamiętam jak dziś - była wspaniała pogoda, świeciło słońce, ale nie było gorąco, bo, jak to na szczycie, wiał całkiem solidny wiatr. W czasie spaceru oglądaliśmy piękne, dalekie i bliskie widoki i szybko zauważyliśmy dlaczego na samym szczycie góry zrobiono asfaltową drogę. Co kawałek wystawały z trawy wyjścia z bunkrów, które najprawdopodobniej pamiętały okres II wojny światowej. Nie wiem do czego służyły one obecnie, bo asfaltowa droga była w świetnym stanie. Nie czekała chyba na nasz spacer. Mimo dokładnego przeczytania przewodnika nie znaleźliśmy żadnej wzmianki na ten temat. Przeczytaliśmy natomiast o skalnym mieście Adrspach 15 km na wschód od Rutnova. Oczywiście postanowiliśmy to zobaczyć.
Tu muszę mocno skrytykować. Dojazd do tej ogromnej atrakcji turystycznej był oznaczony bardzo kiepsko. Sporo czasu straciliśmy, żeby to znaleźć, ale się opłaciło. Na bardzo dużym terenie, częściowo w lesie, z ziemi wyrastają kamienne słupy - dziesiątki metrów nad jej poziom. Przybierają przeróżne kształty np.: ogromnego kamiennego słonia, głowy cukru. Na ich szczycie, gdzieniegdzie, rosną drzewa. Robi to niesamowite wrażenie.
    Niestety przejście tylko części tego "miasta" sprawiło mężowi sporo kłopotu. Myślę, że dobrze jest wybrać się tam w większym gronie znajomych, tak aby pchaniem wózka osoby niepełnosprawnej można było się podzielić.
    Na pewno jest wiele takich ciekawych miejsc w górach, które wydają się nam niedostępne na wózku, ale jak widać to nie jest do końca prawda!
 

Marysia

Jak w domu

    W dniach 21 czerwca - 4 lipca uczestniczyłam w turnusie rehabilitacyjnym w Balikach koło Nowogrodu.
    Mały pensjonat, ukryty pośród dziewiczych pól i lasów łomżyńskich. Na ślicznym, jasnożółtym ganeczku wita nas dyrektor Marian Knopkiewicz, personel ośrodka i szybujący czarny ptak - symbol. Wokół kwiaty, drzewa i zapach... Ustaje deszcz, wita nas słońce. Personel pomaga nam w wysiadaniu i wnoszeniu bagaży. Wraz z koleżanką Aldoną dostajemy pokój, który okazuje się "przyciasny", w związku z tym kierownik, Tadeusz Pyjor i nasza opiekunka Ewelina Kaszowska przenoszą nas do innego. Tu już lepiej! Mam wygodną otomanę, na której mogę się oprzeć, aby wstać. Koleżanka ma tapczanik. Pościel czysta, lekka i miękka. Rozpakowujemy się. W łazience brak półeczki na przybory toaletowe. Nie ma też haczyków na ręczniki, a wózek ledwie się mieści.
    - Ja chcę siusiu - myślę nagle.
    Na korytarzu jest łazienka dla niepełnosprawnych. Nawet przestronna, ale architekt zapomniał o drugim oparciu przy sedesie.
    - Oj, ciężko będzie - myślę sobie.
    Kiedy wracam do pokoju, konserwator - pan Władzio już przybija haczyki, robi miejsce na półkę. Ewelinka zawiesza sznurek na przepierkę. Da się żyć! Najważniejsze to przystosować się do nowych warunków i indywidualnych potrzeb.
Po powierzchownej toalecie udajemy się na obiad. Jemy przy okrągłym, lśniąco zielonym stole. Przy każdym nakryciu - jasnokremowa serwetka, pośrodku donica z kwitnącymi roślinami. Elegancko i przytulnie. Obiad jest gorący i smaczny. Takie obiady mieliśmy przez cały czas trwania turnusu. Niby proste, a wymyślne dania mięsne, smaczne zupy i surówki. Na śniadanie zawsze świeże bułeczki, chleb, dobra wędlina i pyszne sery łomżyńskie. Wszystko to ładnie podane, świeże i
pachnące.
    Wieczorem przyjmuje lekarz - dr Matys. Po krótkiej informacji o stanie zdrowia, każdy otrzymuje odpowiednie zabiegi. Sala rehabilitacyjna, choć mała, jest dobrze wyposażona. Urządzenia sprawne, dobrze utrzymane. Leżanka, podwieszki, ranet, bieżnia, żeglarz-stoper i pas masujący każdą kostkę kręgosłupa. Za ścianą mały pokoik z magnetronikiem usprawniającym mięśnie. W łazience - masaż wodny nóg, na dole - basen.
    Już od drugiego dnia pobytu zaczęliśmy rehabilitację. Przebiegła ona bardzo sprawnie. Rehabilitantki: Ania Pieniążek, Dorota Malinowska oraz pielęgniarka Marta Piotrowska już od samego rana były "w akcji". Robiły wszystko to, co potrzeba, uzupełniały się wzajemnie. Dla chorych to wielka wygoda, bo na nic się nie czekano i każdy chętnie ćwiczył. Te kompleksowe zabiegi kończył zwykle masaż wykonany przez świetnego Tomka Kobylińskiego. Uciskał i masował, nieomal formował mięśnie jak ciasto, utrudniając w ten sposób blokady. Po jego masażach czułam się wspaniale.
    W pensjonacie "Ptaki" nie żyło się tylko jedzeniem i ćwiczeniami. Na zapoznanie zorganizowano nam ognisko z muzyką, śpiewami i pieczeniem kiełbasek.
    W ramach rehabilitacji jeździliśmy raz w tygodniu na konie do Ośrodka Rehabilitacji Konnej w Kisielnicy. Wszyscy jeździliśmy na koniu, nawet ja po raz pierwszy siedziałam w siodle. O dziwo, koń się pode mną nie zawalił. Przy wsiadaniu pomagali nam pracownicy stajni. Panowie Mirosław, Krzysztof i Romu-ald oraz uczennice: Kasia, Magda i Gosia.
    27 czerwca wybraliśmy się do kościoła, zwiedzaliśmy Skansen Ziemi Kurpiowskiej. Odbywały się też zajęcia plastyczne z panią Pieniążek i panem Mieczkowskim. Nauczyliśmy się lepić zajączki i robić "pajączki", zdobiące kurpiowskie chaty.
    3 lipca byliśmy w Nowogrodzie na Przeglądzie Kultury Kurpiowskiej. Oglądaliśmy występy zespołów ludowych, stoiska z twórczością artystyczną (malarstwo, haft, tkactwo, rzeźba). Zwiedzaliśmy również Muzeum Przyrodnicze w Drozdowie. Niestety, wózki nie zmieściły się w wąskie drzwi. Ci co weszli, mogli podziwiać ciekawe okazy zwierząt i ptaków. My, wózkowicze odbyliśmy w tym czasie spacer piękną aleją grabową.
    Wieczorem było ognisko pożegnalne. Siedzieliśmy wokół płonącego ogniska, wśród wysokich sosen, śpiewaliśmy. Niejedna osoba uroniła łezkę...
    Na zakończenie turnusu przeprowadziłam wśród uczestników niewielką sondę.
- Jak ocenia pan pobyt na turnusie? - zapytałam pana Janka. - Na piątkę - odparł.
- Co się panu podobano?
- Wszystko było piękne: pokój, obsługa, życzliwi ludzie. - Czy odczuł pan poprawę?
- Tak, mogę odchylać plecy do tyłu. To między innymi zasługa rehabilitantki Ani Pieniążek. Jest wspaniała!
A Danusia?
- Jestem zachwycona. Podobała mi się rehabilitacja, towarzystwo koleżanek i kolegów. Oceniam pobyt na piątkę.
Ala:
- Podobano mi się otoczenie, rehabilitacja, opieka i towarzystwo. O poprawie zdrowia przekonam się w domu.
    Wszyscy uczestnicy turnusu zgodnie podkreślali wspaniałą opiekę naszej Ewelinki Kaszowskiej, która zajmowała się nami jak matka. Podobnie jak pielęgniarka Marta Piotrowska, zawsze służyła pomocą. Ja oceniam pobyt w Balikach na 4+. Ludzie życzliwi i kochani, rehabilitacja dobra, jak nigdzie, gdzie dotąd byłam. Kuchnia wspaniała. Spędziliśmy uroczo dwa tygodnie, za co wszystkim organizatorom i opiekunom bardzo dziękujemy. Gdyby tylko te oparcia, uchwyty, prysznice, haczyki...
 

Krystyna Przybyszewska


Drodzy Czytelnicy!
Co nowego, czyli o starym inaczej:
Betaferon w leczeniu wtórnie postępującego SM
Wyniki badań klinicznych nad octanem glatimeru (Copaxone)
Pomyśl... warto...
Między nami: Walczyć z chorobą?
Koza
Listy
Akcja "Podaj serce". Koncert Galowy Zespołu UW "Warszawianka"
Razem: Co, gdzie, kiedy w PTSR
Turnusy rehabilitacyjne w 1999 i 2000 r.
Sponsorzy
© Simplex

Powrót do strony głównej serwisu Simplex