Między nami Walczyć z chorobą?
Chcemy być jak najdłużej sprawni, samodzielni i aktywni, więc robimy co możemy, albo jeszcze więcej, żeby ten cel osiągnąć lub się do niego zbliżyć, a w każdym razie, w wypadku niepowodzenia nie wyrzucać sobie, że przez zaniechanie zgrzeszyliśmy przeciwko sobie. Tylko ta nasza codzienna walka z chorobą, często niezorganizowana i chaotyczna, nabiera cech zwyczajnej bójki, oddawania ciosów na oślep. Jesteśmy zaskakiwani, bronimy się gimnastyką, którą zmieniamy, lekami, które komuś pomogły, nowymi metodami medycznymi i paramedycznymi. W ferworze walki nie zauważamy, że staliśmy się sojusznikami choroby, że stoimy po tej samej stronie. Swoją postawą, trochę bezmyślnością, trochę brakiem wyobraźni skutecznie wspieramy naszego wroga. Tymczasem już od starożytności radą, której udzieli nam medyk będzie: po pierwsze nie szkodzić!
K. ma piękne, obszerne mieszkanie. Kiedy przyszedł czas nadania mu nowego oblicza długo i starannie wraz z rodziną przygotowywała się do tego przedsięwzięcia. Zastosowała się do wskazówek znajomego architekta wnętrz, zasięgnęła rady przyjaciół, na których jej szczególnie zależało, i w których smak artystyczny bezwzględnie wierzyła. Istotnie zaimponowała i wprawia w podziw ale... ona sama wśród nowoczesnych sprzętów i zharmonizowanych barw czuje się bardzo źle, jest stale zmęczona i stanowczo mniej samodzielna.
Uwzględniając upodobania innych nie wzięła pod uwagę siebie. Kiedy w ślad za silniejszymi emocjami i wysiłkiem fizycznym przyszło przejściowe pogorszenie okazało się, że wózek, który uprościłby wiele życiowych spraw nie mieści się w drzwiach łazienki, dywan w pokoju przeszkadza kulom, półki w kuchni usytuowane są za wysoko itd. itd.
Ćwiczmy, doskonalmy elastyczność i siłę naszych mięśni, ale do walki z chorobą zaangażujmy też intelekt. Nie dajmy się zaskoczyć chorobie. Nigdzie nie jest napisane, że muszę usiąść na wózku, ale też napisane nie jest że nie mogę. Jeżeli zafundujemy sobie śliski parkiet mamy prawo podejrzewać, że to nie nasilenie zawrotów głowy spowodowało nasz upadek. Ostrożność, przewidywanie nie oznacza oczekiwania ze strachem na kolejne objawy, to raczej spokojna podejrzliwość, ograniczone zaufanie do tego jak może nas potraktować choroba.
Na ogół nie doceniamy wpływu otoczenia - rodziny, znajomych - na nasze postępowanie i decyzje. Wiadomo, że ludziom słabszym zależy na akceptacji, znalezieniu swojego miejsca czy utrzymaniu pozycji. Stajemy się podatni na manipulacje, ulegamy, smagani mobilizującym upomnieniem: nie daj się chorobie; patrz jaki on dzielny, choruje dłużej od ciebie, a taki sprawny; mógłbyś, gdybyś chciał.... Więc żeby sprostać oczekiwaniom otoczenia dajemy się wmanewrować w specyficznie czasem rozumianą postawę: nie dać się chorobie. Mimo, że wiemy, że nasza choroba w każdym przypadku idzie innym, własnym torem, że nie ma tu prostej zależności między intensywnością, a długością trwania. Szczególnie gdy zraniona zostanie męska ambicja bardzo blisko do brawury i ryzykanctwa.
Spotkałam dwóch chłopców, którzy nie chcieli, żeby ktokolwiek, nawet choroba, podejmował za nich decyzje i postanowili, że nie usiądą na wózku. Forsowali swoje ciało, znęcali się nad nim, lekceważąc ostrzeżenia organizmu. Cudem uniknęli kilku groźnych upadków, tych, których nie udało się uniknąć, skutkowały stłuczeniami i zranieniami. W końcu jakiejś nierówności czy śliskich schodów nie udało się pokonać. Rezultat - długotrwale unieruchomienie, gips, niepotrzebne cierpienie i ...wózek.
Nie ulegajmy presji otoczenia i bądźmy realistami. Dobrze jest znać samego siebie, swoje możliwości i ograniczenia i ufać bardziej sobie niż innym. Próby pokonywania poprzeczek, które są za wysokie, dążenie do zapewnienia sobie uznania za wszelką cenę, przy lekceważeniu sygnałów swojego organizmu to działanie obliczone na dziś. W sytuacji gdy czeka nas długa droga z SM-em oczywista staje się konieczność perspektywicznego spojrzenia, przygotowania się na jutro, a nawet na pojutrze.
Nie twórzmy sobie dodatkowych problemów, nie pozwólmy się zniszczyć przez stres, główny stymulator procesu chorobowego. Nie pretenduję do stanowiska specjalisty od postępowania ze stresem, ale wiem, że łatwiej jest żyć gdy nauczymy się patrzeć na siebie i swoje problemy z dystansu. Z pewnej odległości. Można wtedy zobaczyć siebie jako tego, komu Bóg-Reżyser dal taką właśnie rolę, z której chcę się możliwie dobrze wywiązać, choć jest trudna. Tu nie mogę się oprzeć przed zacytowaniem stwierdzenia, które mnie kiedyś urzekło "brak szansy jest największą szansą".
D.M.