Drodzy Czytelnicy!Nazwisko Joanny Grodzickiej dobrze jest znane czytelnikom Nadziei - jest przecież autorką wielu tekstów i jedną z pierwszych redaktorek. Jej historia jest ciekawsza od wielu wymyślonych opowiadań, jest prawdziwym znakiem nadziei.
Zaczęło się bardzo typowo - studia, intensywne uprawianie sportu, mnóstwo zajęć i wtedy pojawiły się "dziwne objawy": trudności w chodzeniu, zmęczenie. Potem kolejne pobyty w szpitalach, huśtawka przypuszczeń od guza mózgu do histerii i wreszcie diagnoza: SM.
Nasilające się objawy zmusily do porzucenia prawie ukończonej pracy doktorskiej i przejścia na rentę. Jednak dla osoby tak aktywnej, pełnej życiowej energii i absolutnie przekonanej, że życie ma sens gdy robi się coś dla innych jak Joanna, koniecznością było znalezienie sobie nowego pola do działania. Wtedy właśnie powstalo PTSR. Joanna od początku bardzo aktywnie wsączyła się w działalność stowarzyszenia stając się "spiritus movens" większości podejmowanych akcji. Mimo, że poruszała się na wózku była zawsze obecna w biurze i wszędzie gdzie trzeba i można było coś zdziałać. Z jej inicjatywy powstały grupy wsparcia, różne formy rehabilitacji (grupowa, indywidualna i turnusy). Wymyśliła warsztaty ceramiczne, rekolekcje i spotkania świąteczne. Prawie od samego początku redagowała Nadzieję. Zorganizowała Transportowe Usługi Specjalistyczne. Lista jej zajęć i dokonań jest o wiele dłuższa.
Choroba jednak postępowała, pojawiały się nowe trudności i ograniczenia, z którymi radzila sobie w miarę jak się pojawiały. Wreszcie w 1995 r. trochę na skutek przeforsowania (Zjazd IFMSS w Jerozolimie i zaraz potem seminarium w Konstancinie) przyszło całkowite załamanie - utrata władzy w rękach i nogach, spastyczność uniemożliwiająca korzystanie z wózka i prawie 10 miesięcy pobytu w szpitalu, najpierw w Instytucie Neurologii na Sobieskiego, potem w szpitalu na Banacha. Doszły kłopoty z oddychaniem stanowiące realne zagrożenie dla życia. Przeprowadzono w obu szpitalach serię badań i prób, wreszcie, po opanowaniu zagrożenia uduszeniem, wypisano ją do domu. Lekarze byli zgodni: o żadnej poprawie nie może być mowy, pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie gorzej.
Niezrozumiałe i trudne do przyjęcia było, że osoba tak bardzo potrzebna, tyle dobra robiąca dla innych zastała tak dramatycznie wyłączona z aktywnego, mimo trudności, niezależnego życia i zdana całkowicie na opiekę innych. Koniecznością okazał się powrót do rodzinnego Torunia pod opiekę Rodziców i całego grona ludzi życzliwych.
Lekki ruch ręki umożliwił pisanie na leżącym na łóżku notebooku. Tak powstawały artykuły, które czytaliśmy w "Nadziei" przez ostatnie 4 lata.
Niemniej świat dostępny skurczył się do pokoju, aktywność do słów i myśli, do spraw ducha. W tym czasie Joanna nawiązała kontakt z nowym klasztorem Sióstr Karmelitanek w Łasinie, niedaleko od Torunia. Duchowość Karmelu - aktywność mimo ograniczenia miejsca i zamknięcia (przecież św. Teresa od Dzieciątka Jezus jest patronką misji mimo iż nie opuściła nigdy murów swojego klasztoru w Lisieux) dobrze chyba pasowała do obecnej sytuacji. Te kontakty zaowocowały niezwykłą decyzją. Za zgodą generalnego przełożonego zakonu karmelitańskiego Joanna złożyła w sierpniu 1998 r. śluby zakonne w Karmelu, oczywiście pozostając nadal w domu.
W grudniu 1998 r. w ramach przygotowań do beatyfkacji ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego, bardzo zasłużonego kapłana diecezji toruńskiej, kióry zmarł śmiercią męczeńską w Dachau, klerycy seminarium duchownego odprawiali nowennę, na której proszono, za wstawiennictwem ks. Frelichowskiego, o uzdrowienie Joanny. Nowennę podjęły również Karmelitanki z Łasina. Sama Joanna nie była inicjatorką tego, lecz wyraziła zgodę. W trzecim dniu nowenny, leżąc na łóżku poczuła, że może zgiąć nogę. Ogromna spastyczność nie pozwalała dotychczas na żaden taki ruch. Potem okazało się, że może ruszać rękami. Choroba ustąpiła nagle, pozostały jednak jej skutki, oczywiste po 3 latach leżenia bez ruchu - przykurcze mięśni, kłopoty z krążeniem i ogromne osłabienie.
W tym czasie Joanna nie brała żadnych nowych leków, nie stosowała żadnych terapii czy medycyny alternatywnej. Powoli próbowała siadać, po kilku dniach wstać, zrobić kilka pierwszych kroków po mieszkaniu. Mniej więcej po miesiącu zaczęła wychodzić na dwór. W maju 1999 roku Joanna sama już przyjechała do Warszawy, odwiedziła znajomych, również PTSR. W lipcu brała udział w rekolekcjach w Magdalence, w których przed laty uczestniczyła jeszcze na wózku. 7 września wstąpiła do klasztoru karmelitanek w Łasinie.
Poznałam Joannę gdy powstawało PTSR. Razem redagowałyśmy "Nadzieję", realizowałyśmy różne akcje na rzecz chorych na SM. Towarzyszyłam jej w chorobie gdy, mimo wózka, sama radziła sobie w mieszkaniu i gdy przestała sobie radzić. Odwiedzałam ją w szpitalu i rozmawiałam wtedy z lekarzami. Odwiedzałam ją w Toruniu, przewracając na łóżku, układałam jej bezwładne usztywnione spastycznością nogi i ręce myjąc ją, karmiąc i ...dyskutując nad kolejnymi numerami "Nadziei". Towarzyszyłam pierwszym niepewnym krokom i chodziłam z nią na długie spacery w Magdalence. Opisałam tylko fakty, to co działo się na moich oczach, uważając, że tak wielką nadzieją i radością trzeba się z Czytelnikami "Nadziei" podzielić.
Katarzyna Czarnecka