listy * listy * listy * listy * listy Szanowna Redakcjo!
Drodzy Czytelnicy "Nadziei"!Przed kilkoma laty dzięki pośrednictwu ks. Władysława Wojdata z parafii św. Franciszka w Izabelinie k. Warszawy zostałam członkiem Warszawskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. Mimo że nie mieszkam w Polsce, cieszę się, że dołączyłam do Towarzystwa, do osób, które na łamach "Nadziei" mogą dzielić się swoimi troskami i radościami. Zawsze z dużym zapałem czytam to pismo, a po przeczytaniu oddaję dla swoich znajomych, cierpiących na stwardnienie rozsiane.
Choruję od 22 lat. Pierwsze objawy choroby pojawiły się, kiedy mój synek nie ukończył jeszcze trzech lat. Od pięciu lat poruszam się za pomocą wózka inwalidzkiego. Pamiętam, jaką barierę psychiczną musiałam pokonać, żeby wyjść na wózku na ulicę, być potraktowana jak swego rodzaju atrakcja. Na domiar złego, wraz z postępem choroby, zaczęłam tracić wzrok. Od pewnego czasu dostrzegam już tylko cienie osób, większych rzeczy. Mimo swojej choroby nie zamykam się w domu, a kontakty z ludźmi pomagają mi zapominać o chorobie. Nawołuję do tego też innych chorych, których choroba oderwała od normalnego życia. W miarę swoich sił staram się im pomagać.
Jestem prezesem rejonowych oddziałów Związku Niewidomych i Niedowidzących Litwy oraz Stowarzyszenia Inwalidów "Lit-Pol-Inwa", do którego m.in. należy dziesięć osób cierpiących na SM. Codziennie rano spieszę do pracy w Stowarzyszeniu, żeby spotkać się, poobcować z ludźmi. Czuję się im potrzebna i wiem, jak bardzo sama ich potrzebuję.
Od dwóch lat w Solecznikach mamy Dom Samopomocy dla osób Niepełnosprawnych. Tak się złożyło, że Dom i Oddział ZNiNL mieszczą się pod jednym dachem. Nigdy nie bywa tu pusto. Ludzie przychodzą, żeby po prostu porozmawiać ze sobą, często organizowane są różnego rodzaju imprezy, spotkania.
Korzystając z okazji chciałabym pozdrowić wszystkich członków PTSR. Cieszę się, że mino dość dużej odległości i granicy mam możliwość czytania bardzo interesującego pisma, jakim jest "Nadzieja". Z zapałem przeczytałam, a raczej wysłuchałam artykułu w numerze specjalnym pt. "Joanna... o sobie". Jest to dobry przykład opatrzności Bożej, a także siły, wiary i nadziei człowieka, czego serdecznie życzę wszystkim Czytelnikom.
Jadwiga Dawidowicz
Turnus rehabilitacyjny w Ciechocinku w dniach 18-31 sierpnia 2000
W słoneczny poranek 18 lipca spotykamy się na pl. Bankowym w Warszawie o godz. 9.00. Z większym lub mniejszym trudem wsiadamy do wygodnego autokaru. Pan Pyjor sprawdza listę obecności i życzy nam miłego pobytu w Ciechocinku. Wyruszamy więc z nadzieją, że tak będzie. Ponad trzygodzinna podróż (205 km) jest męcząca, bo niestety nie wszyscy mogą skorzystać z postoju, aby wyjść, rozruszać nogi i załatwić swoje potrzeby.
Wreszcie jesteśmy przed dwupiętrowym budynkiem sanatorium "Ruch" w pełnym zieleni Ciechocinku. Wita nas i zaprasza przystojny młodzieniec, którym jest - jak się wkrótce dowiedziałam - masażysta, p. Robert. Jest podjazd dla wózków, więc wjeżdżamy i wchodzimy, jak kto może, do wnętrza. W recepcji otrzymujemy klucze do poszczególnych pokojów, które niestety są na piętrze. Na szczęście jest winda, którą wjeżdżamy i możemy nareszcie odpocząć w czyściutkich dwuosobowych pokojach z maleńkimi łazienkami, w których jest tylko umywalka i ubikacja. Dla wózkowiczów te łazienki są stanowczo za ciasne, ale dyrekcja sanatorium obiecuje dokonać zmian.
O godz. 13.00 spotykamy się wszyscy na obiedzie w dużej, jasnej stołówce. Stoły przykryte białymi obrusami z granatową serwetką pośrodku i małym flakonikiem ze sztucznym, ale ładnym kwiatuszkiem, wyglądają naprawdę estetycznie. Tutaj karmiono nas trzy razy dziennie urozmaiconymi potrawami z sałatkami, deserami, które z pewnością wszystkim smakowały.
Po południu pierwszego dnia była wizyta u bardzo miłej, uśmiechniętej Pani Doktor, która zleciła każdemu jakieś zabiegi. Rozpoczynały się one już o godz. 7.00, więc wyspać się tutaj, niestety, nie było można, tym bardziej że tapczaniki niemiłosiernie skrzypiały.
Oficjalnie przywitał turnus następnego dnia naczelny lekarz sanatorium, szefowa pielęgniarek i "kulturalno-oświatowa" pani Sława.
Każdy z nas miał na przemian: jednego dnia masaż suchy, drugiego - podwodny. Panowie masażyści: Robert i Grzegorz, chociaż młodzi, przystojni i uśmiechnięci, nie mieli dla nas w ogóle litości. Ich silne i gorące dłonie nie tylko rozgrzewały nasze plecy i nogi, ale także zostawiały nieładne sińce. Ten, wprawdzie skuteczny, ale bolesny zabieg, koił masaż podwodny, który można nazwać boską kąpielą, tym bardziej że pani, która pomagała wejść do wanny, była troskliwa i zawsze uśmiechnięta.
Gimnastyka w dużej sali pod kierunkiem bardzo sympatycznego Pana Magistra należała, przynajmniej dla mnie, do przyjemności.
Fenomenem tego ośrodka jest krioterapia. Niektórzy byli jej poddawani, chociaż przeżyli przy tym dreszczyk emocji. Mnie lekarz nie zalecił tej "przyjemności" przebywania przez trzy minuty w temperaturze -170 stopni Celsjusza, tylko w kostiumie kąpielowym. Przy tym zabiegu, a szczególnie późniejszej rozgrzewce, pomagali dzielnie panowie Maciek i Robert.
Pierwszy tydzień naszego pobytu tutaj był deszczowy i zimny. Jednak pani Sławka starała się jak najbardziej urozmaicić nam wolne popołudnia. Najpierw był wieczorek zapoznawczy, na którym gorące rytmy i piękny śpiew zmobilizowały do tańca nawet wózkowiczów. Później było zwiedzanie miasta - trzy XIX-wieczne tężnie, park zdrojowy z góralską muszlą koncertową i słynnym deptakiem, fontanna w kształcie grzyba, piękne, kwiatowe dywany i kwiatowy zegar. Innego dnia była wyprawa do warzelni soli. Tramwajem konnym wybrał się, kto mógł do pobliskiej stadniny koni, gdzie było ognisko, śpiewy i przejażdżka na koniach. W Ciechocinku do Wisły blisko, więc nasza pani Sławka zorganizowała przejażdżkę statkiem spacerowym.
Niestety, było to wszystko przede wszystkim dla kuracjuszy chodzących, natomiast wózkowicze spotykali się przed telewizorem i tutaj, gawędząc, również miło spędzaliśmy czas. Najodważniejsza z nas, Asia, zaliczała jednak prawie wszystkie wyprawy, na które była chętnie zabierana.
W drugim tygodniu naszego turnusu pogoda była o wiele łaskawsza i wtedy ja również, jeżdżąc na wózku z moją opiekunką - siostrą Stasią, mogłam podziwiać piękno tego kurortu. Jestem wdzięczna pani Sławce, która poświęciła dwie godziny, aby zawieźć mnie tam, gdzie były ciekawe obiekty, które bardziej sprawni obejrzeli już wcześniej.
A potem było jeszcze ognisko na pielonej trawce, tuż przy naszym sanatorium. Mogliśmy więc tutaj zgromadzić się naprawdę wszyscy, piec kiełbaski na kijkach i śpiewać w rytm wspaniałej muzyki, czując się jak młodzi harcerze na leśnej polanie, gdy "płonie ognisko i szumią knieje". Niektórzy hasali po trawie, zapominając o swoich dolegliwościach. Był to naprawdę wspaniały wieczór, tym bardziej że poprzedzony kolacją z pieczonym prosiaczkiem.
Była również wyprawa do sanktuarium maryjnego w Licheniu, którą niestety skomplikował ulewny deszcz.
Dobrymi "duszkami" naszej grupy były dwie młodziutkie studentki Studium Pielęgniarskiego w Warszawie - Jola i Małgosia, które troskliwie opiekowały się szczególnie ludźmi na wózkach. Jednak nieraz pukały również wieczorem do każdego pokoju, aby zapytać, czy trzeba nam w czymś pomóc. "Mózgiem" zaś okazała się p. Ela Doraczyńska, która pomyślała za nas wszystkich o dobrym sfinalizowaniu naszego pobytu w sanatorium.
Troszczyły się o nas również uśmiechnięte pielęgniarki, zaś w salonie fryzjerskim pani Alicja upiększała nasze głowy wyczarowując atrakcyjne fryzury. Romantyczna muzyka podczas wieczorku pożegnalnego przypominała o konieczności rozstania.
Na długo pozostaną mi w pamięci ciechocińskie ulice, przypominające zielone tunele, w których kursowały dorożki i ryksze. Kościół z pięknymi witrażami, cisowe żywopłoty, sędziwa płacząca wierzba, kwiatowe dywany to wspaniała, poetyczna "otoczka" sanatorium, która będzie przypominała mi ten turnus.
Teresa Szewczyk
Wspomnienia z Magdalenki
Dzięki łasce Bożej opatrzności przeżyłem czas ciszy i skupienia w gronie ludzi chorych na stwardnienie rozsiane. Jako jeden z nich wziąłem udział w rekolekcjach w Magdalence. Teraz pragnę się podzielić niektórymi przeżyciami.
Byliśmy daleko od świata, oderwani od codziennego zmagania się z trudnościami. Tylko sam Bóg wie, jaka łaska spotkała mnie w czasie tych rekolekcji, prowadzonych według metody św. Ignacego Loyoli. Było to moje pierwsze tego rodzaju doświadczenie.
Grupa, która liczyła prawie dwadzieścia osób, składała się z chorych i wolontariuszy. Sprawujący nad nami opiekę duchową kapłan w sposób bardzo delikatny ukazywał nam dobroć Boga Ojca w przypowieściach z ewangelii i na podstawie Dzienniczka św. Siostry Faustyny, na tle jej duchowych przeżyć. Refleksje, które mi się nasuwały na kanwie tych medytacji i rozmów indywidualnych, dawały w znakomity sposób możliwość przypatrzenia się sobie, swoim problemom życiowym. Dało się zauważyć, jak można sobie w życiu bardzo pomóc w różnych trudnych sytuacjach. Po raz kolejny doświadczaliśmy także pomocy bliźnich, którzy nam, chorym, niejednokrotnie są bardzo potrzebni.
Spotkałem się po raz pierwszy z grupą wolontariuszy, którzy w sposób bezinteresowny pomagają ludziom, nic w zamian nie oczekując od innego człowieka. Praca tych osób bardzo mnie poruszyła: widziałem, jak się zmagają z niejednym wózkiem na różnych przeszkodach w domu i na dworze. Wolontariusze byli bardzo wrażliwi na nasze potrzeby. W każdej chwili okazywali dobre serce, na każdym kroku byli nieocenioną dla nas pomocą. Ich dobroć i uśmiech dawał nam, chorym, dużo radości. Podobnie rozmowy z nimi sprawiały nam zawsze wiele radości. Teraz można patrzeć na własną słabość w sposób Boży, ufnie wchodzić w przyszłość, w czas codziennego życia i zmaganie się z brakiem sprawności fizycznej, która dotknęła również i mnie.
Br. Mieczysław Piskorz
![]() |