Między nami Agata RębilasNiewielki skrawek życia
Spotkała mnie w życiu radość pomagania przez kilka lat osobom nie w pełni sprawnym. Było to niezwykłe spotkanie; zostawiło oprócz przyjaźni ślad we mnie samej. Byłam świadkiem wielu wydarzeń. Zdaję sobie sprawę, że był to niewielki wycinek życia spotkanych ludzi, bo zawsze przychodził moment, kiedy zamykałam za sobą drzwi i wracałam do swojego domu, zostawiając za tymi drzwiami ogromną tajemnicę, jaką jest człowiek, zwłaszcza człowiek cierpiący. Nigdy bowiem nie poznamy do końca tego, co czują ludzie pozbawieni możliwości chodzenia, manipulowania rękami czy nawet siedzenia, chyba że staniemy się jednym z nich. Możemy jednak być przy nich, choć to nie jest proste. Nigdy bowiem obecność przy drugim człowieku nie jest prosta, jeśli chcemy przeżyć ją dobrze i ofiarować siebie naprawdę .
Byłam świadkiem, jak ludzie traktowali osoby na wózku. Chciało się krzyczeć z bólu, gdy mężczyzna, przymuszony moją prośbą do pomocy przy wysiadaniu z tramwaju, spuszczał cały ciężar wózka na mnie, przytrzymującą wózek u stóp tramwaju. Upominany, że może wszystkim zrobić krzywdę, odpowiedział, że nic go to nie obchodzi. Autobus na najbliższym przystanku robił się pusty, jeśli "na pokład" trafiała dziewczyna na wózku. Do sklepu z porcelanowymi cackami zabroniono wjechać osobie na wózku, bo "porozbija i nie zapłaci", jakby uwaga i uczciwość były domeną ludzi sprawnych.
Czy nikt się nie zastanawia, co czują ludzie, którzy często są zależni od sił innych ludzi? Wszyscy oburzamy się, gdy młody człowiek nie ustąpi miejsca starszej osobie, ale dlaczego niemal nikogo z nas nie gorszy brak pomocy dla osoby na wózku?
Patrzymy często na ludzi zniekształconych chorobą przez pryzmat swoich przeżyć, uczuć czy słabości. Kiedy pierwszy raz spotkałam nie w pełni sprawną dziewczynę, zniekształconą porażeniem mózgowym, pomyślałam: "Jaka ona jest biedna". Jakże byłam zawstydzona, kiedy poznałam ją bliżej; jaka jest dobra, wrażliwa i pogodna. Największym wyróżnieniem, które paraliżowało mnie wzruszeniem, było jej czule przytulenie nogami. Delikatnie głaskała wtedy nagą stopą moją twarz. To nogi dają jej możliwość samodzielności i kontaktu ze światem, bezpośrednio i pośrednio - trzymając pędzel w palcach u stóp maluje obrazy.
Kiedy poznałyśmy się lepiej i rozmawiałyśmy otwarcie, powiedziana mi: "Kiedy ludzie mnie widzą, myślą, jaka jestem biedna, a nigdy nie widzą, że jestem szczęśliwa". Pamiętam, jak słowa grzęzły jej w gardle, kiedy mówiła do licealistów: "Kiedy zobaczycie na ulicy takich jak ja, nie odwracajcie się". Czasami ludzie na wózkach traktowani są jak żebracy i kładzie się im pieniądze na wózku, bo ich zewnętrzne zniekształcenie utożsamiane jest z upośledzeniem umysłowym, a to wzbudza tylko litość, jakby ci ludzie nie zasługiwali na nic więcej.
Litość to najgorsze, co można okazać człowiekowi na wózku. Często mylnie utożsamia się ją z miłosierdziem. Litość powoduje uległość wobec ludzi niesprawnych i tworzy z nich egoistów wykorzystujących swoich opiekunów jak przedmioty użytkowe. Racjonalne traktowanie ludzi nie w pełni sprawnych nie polega na dogadzaniu i rozpieszczaniu, bo to każdego rozleniwia duchowo, ale na wymaganiu z miłością, na wymagającej przyjaźni. Podobnie jest z miłością matki do dziecka.
To my często dodatkowo ograniczamy możliwości osób na wózkach. Pamiętam, jak wspólnie z przyjaciółmi skonstruowaliśmy prostą maszynę do przewracania kartek dla osoby nie mogącej ruszać rękami, ani nogami. Wydawałoby się, że wzbudzi to w niej ogromną radość z niezależności. Ponieważ była przyzwyczajona do ciągłej pomocy, sądzę, że w pierwszym momencie zmiana budziła w niej lęk - lęk przed samotnością, przed myślą, że teraz ludzie mniej będą sią nią interesować. Tak się oczywiście nie stało, a jestem przekonana, że nie rozstałaby się dzisiaj ze swoją praktyczną "ręką". Jest bardziej niezależna.
Można dużo pisać o niedojrzałej postawie ludzi wobec osób na wózkach - nie zauważającej ich architekturze, o wysokich stopniach autobusów i tramwajów (teraz trochę lepiej), o obojętności i obcesowości, ale myślę, że dla osób na wózkach najgorsze jest poczucie, jakie daje im świat, że są NIEPOTRZEBNI. Często nie mogą pracować. Nie zawsze jest to spowodowane ich niemożnością, ale ograniczoną ofertą ze strony państwa. Przy dzisiejszym postępie techniki wiele staje się możliwe: ludzie bez rąk kierują samochodami, niewidomi piszą na komputerach. Każdy z nas chce czuć się potrzebny, chce robić coś pożytecznego. Czy tak trudno to zauważyć u osób o ograniczonych możliwościach motorycznych lub innych?
Moja przyjaciółka na wózku - niezwykła osoba, nie pogodzona, twarda - skończyła studia, doskonale zna język obcy i chciała uczyć prywatnie młodych ludzi języka. Trudno było znaleźć jej uczniów. Czy dlatego, że nie było zapotrzebowania? Nie. Dlatego, że "jest inna". Nikt nie patrzył na jej zdolności dydaktyczne. Trudno potem dziwić się ludziom, że mają, jak mój przyjaciel, ręce pokancerowane próbami szybszego zakończenia cierpień.
Są tacy ludzie nie w pełni sprawni, którzy godzą się ze swym losem. Są tacy, którzy nie godzą się otwarcie, i są tacy, którzy nie godzą się, ale dyskretnie. Są tacy, którzy zawsze są uśmiechnięci, życzliwi i dzielą się tym, co mają. I są tacy, którzy nieustannie zadają ból innym - przez zazdrość lub głupotę. Są różni, jak my wszyscy jesteśmy różni - wspaniali i okrutni.
Lecz to dzięki nim, ludziom nie w pełni sprawnym, przeżyłam wiele niezwykłych chwil. Były chwile pełne wzruszeń i były chwile pełne łez z zadanego mi bólu. To wszystko było takie, jakie jest życie - różne, ale na swój sposób wspaniałe, często trudne i niezrozumiałe, ale kto z nas ma gotową receptę na życie?
Niektóre z tych osób już nie żyją, ale jak o nich nie pamiętać? Jedna z nich, będąc u progu śmierci, pozbawiona wzroku i możliwości jakiegokolwiek ruchu, potrafiła dodawać otuchy innym, mniej obarczonym. Jak zapomnieć oczy młodej dziewczyny, skurczonej w potwornym bólu, utkwione we mnie z ogromną ufnością? I jak zapomnieć o tych, którzy odeszli cicho, jakby ktoś po prostu zamknął drzwi?
Im wszystkim - tym, którzy odeszli, i tym, którzy żyją - dziękuję za to, że są. I nie mogę wyobrazić sobie, że mogłoby ich nie być.
(Przedruk z "Gazety Wyborczej" z 8-9 lutego 1997 r.)
![]() |