listy * listy * listy * listy * listy Moi kochani!
Jestem sowa-szpieg, nikt z was jeszcze mnie nie widział, ale ja ciągle na was patrzę i obserwuję. Opowiem wam historię o pewnym chłopcu, a raczej o młodym mężczyźnie, który zaskoczył mnie swą niesamowitą siłą i wiarą w sens życia. Przeczytajcie, a sami się przekonacie.
Obecnie Marcin, bo właśnie on jest bohaterem mojego opowiadania, ma 24 lata, jest studentem III roku Szkoły Wyższej. Mieszka w mieście liczącym około 20 tys. mieszkańców. Ma wspaniałą dziewczynę i jest bardzo szczęśliwy z tego powodu. Jest bratem trzech nieobliczalnych chłopaków i synem niesamowitych rodziców.
Wszystko zaczęło się cztery lata temu, tj. w 1995 r. Marcin wtedy ma 20 lat, uczy się w liceum, ma dużo znajomych, z którymi często się spotyka. Jak każdy młody człowiek snuje plany na przyszłość i marzy o wielu "niesamowitościach". Jednak w pewnym momencie coś zaczęło być nie tak jak powinno. Marcin zauważa, że jego ciało, które dotychczas funkcjonowało prawidłowo, zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Pojawił się niedowład prawej strony ciała, zachwiania równowagi, oczopląs, bale głowy, wymioty. Diagnoza lekarska brzmiała: STWARDNIENIE ROZSIANE.
Nietrudno się domyśleć, że był to szok dla Marcina. Załamanie psychiczne, trwające kilka tygodni, doprowadziło Marcina do rezygnacji ze szkoły, czuł się wyizolowany ze społeczeństwa i bardzo samotny. Duże zaburzenia równowagi powodowały, że Marcin nie wychodził z domu, obawiał się opinii innych, którzy dotychczas byli jego "dobrymi znajomymi". Wydawało mu się, że dla niego, człowieka chorego, nie ma miejsca w społeczeństwie, w którym funkcjonował.
Mój bohater był pod ciągłą opieką lekarską, potrzebował w tym czasie silnego wsparcia psychicznego. Raz było tak, że wrócił z konsultacji taki trochę inny, bardziej pewny swoich sił, wyprowadził rower i mimo kłopotów z równowagą zaczął na nim jeździć. Wiem, że wtedy pomogło mu zdanie, które skierowała do niego pani neurolog, a brzmiało ono: JESTEŚ MŁODY, ŻYCIE PRZED TOBĄ, NIE MARNUJ GO.
Moi drodzy czytelnicy, nie szczędźcie nigdy takich zdań, które dodają wiary we własne siły, ich nigdy za wiele, a sami widzicie, jak bardzo mogą pomóc.
Wracając do mojego bohatera, po około pół roku od postawionej diagnozy dostał on adres Stowarzyszenia Osób ze Stwardnieniem Rozsianym. Przynależność do Stowarzyszenia była dla Marcina drogą powrotu do normalnego życia, uczestnictwo w grupie wsparcia uczyło go akceptacji swojej choroby. Marcin ponownie podjął naukę w szkole, z czasem słowo "izolacja" zaczynało go stopniowo nie dotyczyć. W lutym 1996 r. nastąpił drugi rzut choroby, który był potwierdzeniem diagnozy. Po długotrwałym leczeniu i fizykoterapii, następowała stopniowa poprawa. Obserwując Marcina z góry (gdyż lubię sobie polatać) nie widziałam w nim żadnej choroby. Zdarzały się jednak zaburzenia sprawności fizycznej, męczył się po dłuższym wysiłku, czasami utykał, miał też problemy z pisaniem, ale Marcin swą nieugiętą postawą starał się to wszystko przezwyciężać i - co najważniejsze - przezwyciężał.
Dodam wam jeszcze w tajemnicy, że może on o tym nie wiedział, ale swoimi sposobami ciągle go dopingowałam. Choroba była dla niego wspaniałą nauką pokory, zrozumiał, czym jest nadzieja, poznał, jak wspaniale jest móc cieszyć się z małych rzeczy. Kontakt z chorobami umożliwił poznanie wielu niesamowitych ludzi i wielu pięknych miejsc. Potem powiedział: "Aż wreszcie wygrali, a ja przegrałem, a moja przegrana zwycięstwem jest moim". W maju 1997 r. nastąpił trzeci rzut choroby, który także udało mu się przezwyciężyć.
To jest w skrócie historia mojego bohatera z ostatnich czterech lat. Marcin zaakceptował swoją chorobę i mówił, że nie wyobraża sobie teraz swojego życia bez choroby. Zdaje sobie sprawę z ograniczeń, które go czekają w życiu, ale uważa, że da się to wszystko przezwyciężyć.
To jest mój bohater, moi drodzy czytelnicy, proponuję wam brać przykład właśnie z niego. Chcecie się nauczyć wiary w moc swoich możliwości - proponuję wam poznanie mojego bohatera - Marcina.
Pamiętajcie, Bóg nie stworzył ludzi takich samych, każdy jest inny i jednocześnie wspaniały.
Do zobaczenia, ściskam was mocno.
Sowa-szpieg
(Elżbieta Boryń)Niepokalanów 2000
20 maja odbyła się pielgrzymka do Niepokalanowa. Uczestniczyli w niej niepełnosprawni (członkowie OW PTSR) i pomagający im wolontariusze - 41 osób. O godz. 9.00 zebraliśmy się na pl. Bankowym. Miły kierowca autokaru zajął się załadunkiem wózków. A my? Szczuplutka Ania chwyciła mnie za nogi, Paweł pod pachy i - siup!, na siedzenie! Doprawdy, wspaniała jest ta nasza młodzież. Ci, co mogli, wdrapywali się do autokaru sami.
Pomimo że w nocy padało, na nasz wyjazd wyjrzało słoneczko. Paweł, czuwający nad stroną duchową pielgrzymki, przywitał wszystkich. Odmówiliśmy wspólnie litanię do Matki Bożej o szczęśliwą podróż. Czas podróży szybko zleciał na towarzyskich rozmowach i oglądaniu mazowieckiego krajobrazu z okien autokaru.
I oto jesteśmy w Niepokalanowie. Wita nas wzniosła sylwetka kościoła i biała postać Matki Boskiej Niepokalanej w gwiaździstej koronie. Wysiadamy i całą grupą udajemy się do bram kościoła. Tam, po prawej stronie pośród kwiatów widnieje popiersie św. Maksymiliana Kolbego - patrona sanktuarium. Chwila modlitwy i zadumy nad losem tego męczennika, który poświęcił swe życie dla ocalenia bliźniego
O godz. 11 uczestniczymy we Mszy św. Po jej zakończeniu zwiedzamy Muzeum Maksymiliana Kolbego. Zgromadzone tam eksponaty (dokumenty, pamiętniki, zdjęcia i inne) pogłębiły naszą wiedzę o tym Świętym.
Następnie udajemy się na modlitwę, potem oglądamy panoramę Tysiąclecia. W ciemnej, ukwieconej niszy jaśnieje postać Matki Boskiej w świecącej koronie. Wokół - ławki z pielgrzymami. Zaczyna się swoisty spektakl. Przed Matką Bożą przesuwają się postacie królów, wojowników, prostych ludzi, zwierząt. Głos komentatora jest spokojny, acz przejmujący - opowiada historię Polski od zarania dziejów po czasy, gdy Polak został Papieżem. Jesteśmy pod wrażeniem.
Po obejrzeniu Panoramy udajemy się na franciszkański obiad: biały barszcz na wędzonce i fasolka po bretońsku - pycha! Najadamy się "jak bąki".
Komu starcza sił zwiedza franciszkański budynek Ochotniczej Straży Pożarnej w Niepokalanowie - jedynej Straży w Polsce, a może i na świecie, w której strażakami są zakonnicy. Chociaż w założeniu straż niepokalanowska miała służyć bezpieczeństwu obiektów klasztornych, to jednak od samego początku służy ludziom z pobliskich osad. Załoga OSP złożona jest z 16 młodych zakonników. Mają dobry sprzęt i pojazdy. Bracia franciszkanie dumni są ze swej Straży!
Po takich atrakcjach pożegnaliśmy modlitwą Matkę Bożą, Niepokalaną i ruszyliśmy w dalszą podróż.
Następny etap naszej wyprawy - Żelazowa Wola, która jawi się jako wieś "sielska i anielska". Za ozdobną bramą - biały, prosty dworek. Zbliżamy się do niego niemal z namaszczeniem i zadumą. Tu urodził się Fryderyk Chopin. Dobiega nas cicha melodia mazurka C-dur. Zanim jednak zaczniemy zwiedzać, mamy chwilę wypoczynku i przy okazji "małe co nieco" (zawdzięczamy je Panu Zdzisławowi Kwiecińskiemu, właścicielowi sklepu "Dukat" na Bemowie).
Zwiedzamy dworek. Prostota, cisza, poezja. Białe ściany dębowa, ciemna podłoga. Tu tworzył mały Frycek. Sympatyczna przewodniczka oprowadza nas po pomieszczeniach. Oglądamy fortepian, na którym odbywają się koncerty, pokoje rodziców Fryderyka i ich dzieci. Jesteśmy pod wrażeniem. Jest jeszcze czas, więc spacerujemy po pięknym ogrodzie. Odpoczywamy.
Wyjeżdżamy pełni wrażeń i głębokich przeżyć. Jesteśmy wdzięczni tym, którzy zorganizowali pielgrzymkę i opiekowali się nami - Kasi, Lidzi, Pawłowi, Gosi, Agnieszce, Ani i tym, których imion nie pamiętam.
Specjalne podziękowania należą się oo. Franciszkanom, którzy przyjęli nas niezwykle życzliwie, oraz Matce Boskiej Niepokalanej, bo to za Jej sprawą doznaliśmy tyle radości i miłości.
"Chwalcie łąki umajone" - śpiewaliśmy szczęśliwie wracając.
Krystyna Przybyszewska
Panie Boże
figlarz z siebie
chciałam kogoś ukarać za swój ból, cierpienie
a Ty
odparłeś mój rzut
rykoszetem ładnie to tak?A może
chcesz ze mnie zrobić
świętą
to proszę bardzo!
- Ale u Twojego podnóżka -Tak
czysto
w moim domu
tak spokojnieAż
Matka Boska
z Dzieciątkiem
uśmiecha się...A
Jezus frasobliwy
mocniej ...
- podparł łokieć -
Kochani!
Chciałam się podzielić z Wami swoimi wrażeniami i refleksjami z rekonesansu, jaki odbył się w maju w stadninie koni na Bródnie.
Proszę, abyście sobie uświadomili, ile trudów i zabiegów musiały włożyli osoby z naszego Warszawskiego PTSR na Świętojerskiej - aby najpierw znaleźć pieniądze na rehabilitację na koniu (Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych odmówił), a później znaleźć stadninę. W chwili obecnej naszym wspaniałym Sponsorem, który nie zawodzi jest UNITED WAY.
Po wygospodarowaniu pewnej sumy (a potrzeb dużo!) nasza wspaniała Pani Przewodnicząca - Elżbieta Doraczyńska nawiązała kontakt ze stadniną mieszczącą się na terenie dawnego PGR "Bródno", a ściślej - z fundacją "Hej Koniku", powołaną w celu rehabilitacji dzieci niepełnosprawnych.
Spotkaliśmy się z dużą wyrozumiałością i życzliwością personelu. Specjalnie dla nas zrobiono rampę, abyśmy mogli się "wgramolić" na konia. Byłam tam cztery razy dzięki uprzejmości pp. Radzimskich, którzy zabierali mnie do domu i odwozili. Pan Jerzy bardzo pomagał nam wszystkim (8-10 osób) wsiąść i zejść z konia. Tą drogą chciałam Mu bardzo podziękować za pomoc, życzliwość i ciepłe słowa.
Szkoda, że na razie pieniędzy wystarczyło na tak krótko i w zajęciach mogło uczestniczy tylko kilka osób. Ogromna trudnością był dojazd; ja miałam to szczęście, że po mnie przyjeżdżano.
Jak wspaniałe efekty rehabilitacyjne ma dla nas bezpośredni kontakt z koniem i jazda konna, wiedzą ci, którzy chociaż raz spróbowali w Dąbku, a może i przy innej okazji, np. w ubiegłym roku w Balikach. W miarę możliwości (myślę o sponsorach i finansach) na pewno tego typu rehabilitację dobrze by było kontynuować, czego wszystkim życzę.
Krystyna
![]() |